Rozwodzę się, bo wspólny pobyt w domu uświadomił mi całą prawdę

Rozwodzę się, bo wspólny pobyt w domu uświadomił mi całą prawdę

Styczeń od lat był przez wiele osób nazywany miesiącem rozwodów. Postanowienia noworoczne nie zawsze dotyczą zdrowszego jedzenia i zgubienia kilku kilogramów. Wiele osób podejmowało postanowienia, że kończą trudne dla nich, bolesne, toksyczne relacje. Co roku było wiele takich osób, choć ciężko przecież podjąć taką decyzję z lżejszym sercem, bo pojawiła się konkretna data. Być może jednak była to kwestia symboliki, ułatwienia sobie wejścia w nowy etap właśnie od początku roku. Zamykamy starą kartę, podejmujemy postanowienie i ruszamy z nową motywacją. Rozwód, jakby nie był reklamowany – jest zawsze traumą, pożegnaniem. Wydaje się, że skoro związek był trudny, ranił – pożegnanie powinno być wyzwalające. I owszem. Pożegnanie z człowiekiem, który krzywdził, który niszczył – na pewno. Rozwód to jednak nie tylko pożegnanie z partnerem. To żałoba po nadziei na wspólną przyszłość, wierze w miłość po grób, poczucie rozczarowania, smutku, porażki. Oczywiste, że bardzo często nie mamy wpływu na zachowania i działania drugiego człowieka, niemniej takie uczucia towarzyszą podczas rozwodu bardzo często każdej ze stron. Wiele osób stara się to ukryć – natychmiast nowy związek, nowe miejsce zamieszkania, nowa fryzura i nowy uśmiech. Warto jednak pamiętać, że rozwód należy pozwolić sobie przeżyć, przepłakać, nawet jeżeli rozstanie było konieczne i podyktowane przemocą, kłótniami, brakiem szans na porozumienie. Kiedyś przepracowanie żałoby było oczywiste i bardzo konieczne. Ubiór na czarno, opłakiwanie, pozwolenie sobie na poczucie, że jakaś część mnie odeszła wraz z drugim człowiekiem. To nie jest łatwe. Dla nikogo. Jeżeli są w związku dzieci – warto zrozumieć, dlaczego ludzie dają sobie wiele szans na naprawę związku.

     Jest odpowiedzialność, pragnienie, aby dziecko miało mamę i tatę każdego dnia. Aby miało równowagę – pierwiastek męski i żeński nie tylko od święta. Aby tata odwiózł na trening i doradził, jak strzelić gola. Żeby mama nakleiła plaster na zbite kolano. Żeby wspólnie usiąść do kolacji i opowiedzieć sobie, jak nam minął dzień… To wszystko pryska i zostaje pustka. Dlatego tak wiele organizacji, fundacji pokazuje dziś, że może warto zawalczyć. Że kiedyś się naprawiało, a dzisiaj się wyrzuca. Może warto… Dane GUS z 2019 roku pokazują, że 70 % rozwodów inicjowały kobiety, najczęściej rozwodzą się kobiety pomiędzy 28-52 rokiem życia, a najwięcej jest 35 latek. Mężczyźni niemniej zaczęli częściej składać pozwy o rozwód po 20 latach małżeństwa. Jest to nowy trend, ponieważ do tej pory uważało się, że trzeba ogromnego przewinienia, aby mąż po tylu latach postanowił zmienić wszystko i sam złożył papiery rozwodowe.

     W pandemii wiele kancelarii adwokackich stworzyło nowe oferty – rozwody bez dużych emocji, pomoc w podziale biznesowych majątków małżonków, zajęcie się wszystkim – od psychologa po pomoc w sprzedaży nieruchomości. Czy jednak tak kolorowo to wygląda ? Rozwody w pandemii najczęściej nie są tylko nią spowodowane. Ludzie żyli z problemami, na których rozwiązywanie nie było czasu i ochoty. Dodatkowo spotykali się z dużą ilością ludzi, wentylowali psychikę. Kobiety w momencie zdenerwowania na męża umawiały się z koleżanką na kawę na mieści i napięcie mijało. Usłyszały od zaufanej kobiety, że może to jednak trochę na wyrost, że może warto machnąć ręką… Wracały do domu, rozmawiały o aktualnych sprawach z mężem i życie toczyło się trochę obok siebie. Pandemia, kwarantanny, siedzenie dzieci w domach – otworzyły puszkę pandory. To co niewypowiedziane – nagle zaczęło być wykrzykiwane. To, co od lat należało skonfrontować – stanęło przed nami niczym mur nie do ominięcia. Brak kontaktów z innymi ludźmi sprawił, że wszystkie emocje skupiają się na partnerze. Byle drobiazg powoduje wybuch i konflikt.

     Dla jednych jest to zdecydowanie ostateczny gwóźdź do trumny i ostatnie przypieczętowanie decyzji o rozwodzie, dla innych szansa, żeby spojrzeć na to, co faktycznie nas łączy. Może to ja jestem nerwowa, bo partner stracił pracę i przestaje go szanować? Może nie mogę na niego patrzeć, jak gra pół dnia na komputerze, bo mam dosyć gotowania, lekcji online i potrzebuje zwykłego : kochanie, w czym Ci pomóc ? Może mam do niego żal, bo 8 lat temu zostawił mnie ze wszystkim na głowie i wyjechał w trudnym dla mnie czasie…może warto dotrzeć do sedna, zanim powiem : to koniec. Żeby związek, małżeństwo trwało – trzeba woli dwóch stron. To oczywiste. Małżeństwo to jednak naczynie połączone i bardzo często jeżeli wlejemy płyn do jednego – kolor zmieni i drugie. Może warto spróbować, ostatni raz…żeby wiedzieć, że zrobiło się naprawdę wszystko.

Agnieszka Zydroń

Agnieszka Zydroń

Psychologia w biznesie ( Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie)
Kulturoznawca, rosjoznawca ( Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie)
Licencjonowany pośrednik ( S2/2/P/2016 ) obrotu nieruchomościami
Polskiej Federacji Rynku Nieruchomości ( CEPI )
Certyfikat ukończenia Certyfikowanego Szkolenia Change Management In
Progress ( Psychologia procesu zmiany)
Praktyk w branży obrotu nieruchomościami oraz wymiany handlowej z Rosją
Autorka 3 książek oraz dziesiątek artykułów do prasy kobiecej oraz
biznesowej
Częsty gość programów telewizyjnych i radiowych

Nie przejmowałam się cierpieniem innych…aż stało się najgorsze…

Wiesz, ja nie widziałam nigdy ludzkich nieszczęść. A nawet dyskutowałam i przekonywałam Arka, że jak ktoś jest biedny, niezaradny, to jego wina…i stało się to, co najgorsze…

Jola (36 l.) i Arek (38 l.)

Jak wyglądało Wasze życie przed wypadkiem?
Żyliśmy szybko, rozrywkowo i bogato… jak większość chcieliśmy nie mieć trosk…

Udawało się?
Do czasu tak. Pracowaliśmy w dużych firmach, korporacjach. Nie było warunków, żeby mieć dzieci, bo wiadomo, jak dzisiaj wygląda praca. Wracasię do domu o 19, a w wolnym czasie myślisz tylko, żeby wyjechać, zmienić otoczenie, odpocząć…kiedyś oczywiście myśleliśmy o powiększeniu rodziny, ale odkładaliśmy to na ciągłe później…

Było dostatnio i nowocześnie…

Były ciągłe wyjazdy, szkolenia, delegacje, wakacje w Egipcie. Było nam wygodnie i dobrze.

Aż w końcu przyszedł dzień, który zmienił wszystko.

Wróciliśmy z wakacji w Turcji – opaleni, wypoczęci. W poniedziałek wracaliśmy do pracy, a w sobotę mieliśmy jeszcze zaliczyć urodziny szefa Arka. Lubiliśmy takie wyjścia, zakrapiane alkoholem, w towarzystwie…

Piliście alkohol?
Nie ukrywam, że nie stroniliśmy wieczorkiem od drinka, piwka. Po całym dniu pracy człowiek potrzebuje relaksu, a alkohol sprawia, że się rozluźniam… ale to chyba dzisiaj standard.

Jak wyglądała impreza urodzinowa?
Było około 20 zaproszonych gości. Jedliśmy zakąski, wypiliśmy z Arkiem kilka drinków. Koło nas siedziały dwa małżeństwa. Chłopaki rozmawiały o jakimś projekcie w firmie, my z dziewczynami śmiałyśmy się z żartów na temat naszych wakacji w Turcji.

Impreza w pełni. Przyjechaliście samochodem?
Wzięliśmy z Arkiem taksówkę, bo oboje chcieliśmy wypić drinka, piwo. Nie chciałam rezygnować z zabawy, więc ustaliliśmy, że jedziemy i wracamy taksówką. Byliśmy już mocno zmęczeni, kiedy około 24 powoli impreza zaczęła chylić się ku końcowi. Akurat mieliśmy wzywać taksówkę, kiedy zadzwoniła komórka żony znajomego, który siedział z nami przy stole. Dzwoniła teściowa, która opiekowała się ich roczną córeczką.

Dziecko się obudziło?
Powiedziała, że mała budziła się kilka razy, śpi wyjątkowo niespokojnie i żeby wracali do domu. Znajoma od razu zaczęła się zbierać. W pewnym momencie zaproponowali nam, że mogą nas podrzucić do domu, bo jadą w tym samym kierunku. Znajomy wypił dwa piwa, ale później jadł, minęła 1-2 godziny, więc wybierali się spokojnie autem do domu. Uznaliśmy, że kierowca jest trzeźwy więc po chwili wahania i namysłu, postanowiliśmy się zabrać.

Postanowiliście jednak nie wzywać taksówki…
Tak wyszło, nie planowaliśmy tego. Ulegliśmy propozycji. Człowiek nie myśli w takich chwilach o jakiś tragediach, takie sytuacje w firmach, na spotkaniach integracyjnych są na porządku dziennym… wszyscy piją.

I później prowadzą samochody?
Różnie to bywa. My mieliśmy w sumie tylko kilka kilometrów do domu, więc nie było daleko.

Czasami kilka metrów wystarczy.

Zgadza się niestety. Pożegnaliśmy się z gospodarzami przyjęcia i w dobrych nastrojach wsiedliśmy do samochodu. Żona znajomego była trochę nerwowa przez córeczkę, więc pospieszała męża. Jechaliśmy całkiem normalnie, kiedy znów zadzwoniła komórka. Kolejny raz dzwoniła babcia dzidziusia z informacją, że mała znów się obudziła i płacze. Wówczas znajomy faktycznie przyspieszył.

Widziałaś, ile macie na liczniku, zwracaliście mu uwagę?
Nie patrzyłam na licznik. To nie było jakieś szaleństwo na drodze. Po prostu szybciej jechał. Padał deszcz, było po pół- nocy, ciemno i te warunki były trochę przerażające, to wszystko.

Co się stało dalej?
Wjeżdżaliśmy w łuk, po obu stronach mały lasek. Kierowca wszedł w łuk dosyć szybko i nagle poczułam, że wypadamy na sąsiedni pas a po krótkiej chwili uderzamy w coś twardego… nie widziałam zupełnie, co to było. To były sekundy w ciemnościach.

Pamiętasz moment zderzenia?
Pamiętam, nie straciłam przytomności. Po samym jednak zderzeniu mam dziurę w pamięci. Jak się ocknęłam, wszędzie śmierdziało spalenizną, było ciemno, jakiś dym… zaczęłam szukać lewą ręką Arka… nie odzywał się. Jak się okazało, wszyscy byliśmy uwięzieni w kabinie, która okręciła się wręcz wokół drzewa… straszny szok. Człowiek nie wie, co się stało.

Nawiązałaś kontakt z pozostałymi w samochodzie?
Pytałam, czy wszyscy żyją. Odpowiedziała mi żona kierowcy, chrypiąc. Prosiła, żeby jej pomóc wyjść z auta… Arek milczał.

Po jakim czasie udzielono Wam pomocy?

Nie wiem. Po jakimś czasie usłyszałam syreny, karetkę, straż… później akcja wyciągania, cięcia samochodu. W międzyczasie gasili pianą samochód, coś się chyba zapaliło. Błagałam, żeby sprawdzili Arka, w końcu zaczęłam strasznie płakać… nie mogłam się uspokoić. Boże, to był najgorszy sen, jakiego bym sobie nie wymyśliła. Cały nasz świat runął w tamtej chwili…

Co się dokładnie stało?
Wpadliśmy w poślizg, przez nadmierną prędkość. Dokładnie niedostosowanie prędkości do warunków jazdy.

Co pamiętasz jeszcze z tej dramatycznej nocy?
Pamiętam trzask ciętej blachy, smród spalenizny, jęki i ciemność… jak jest noc, wszystko wydaje się takie straszne… pamiętam też, jak wkładano mnie do ambulansu, butlę z tlenem i uspokajanie sanitariusza. Wciąż płakałam, pytając o Arka. Mówiłam, że jest w samochodzie, że go kocham…

Co się działo z Arkiem?
Podczas uderzenia stracił przytomność. Był zakleszczony w samochodzie, miał uraz głowy, złamanie kręgosłupa z uszkodzeniem rdzenia, paraliż…
nie chcę tu opowiadać o krwi, każdym szczególe, bo nie o to przecież chodzi.

Jakich obrażeń doznało drugie małżeństwo?
Żona znajomego miała złamania otwarte uda, połamane ręce, ogólne stłuczenia całego ciała… jej mąż zginął na miejscu…

Boże, spieszyli się do córeczki..
To jakaś ironia losu. Kobieta owdowiała, bo pospieszała męża do dziecka… a dziecko zostało sierotą. Dziś wiem, że lepiej dojechać nawet dzień później, niż nie dojechać w ogóle…

Co działo się z Wami?
Ja miałam zmiażdżoną miednicę, uszkodzenia narządów wewnętrznych, przeszłam 3 operacje. Arek jest sparaliżowany od pasa w dół…wózek inwalidzki.

Jak trwacie, jak z tym żyjecie?
Teraz staramy się jakoś uczyć codzienności, choć nasz świat zawalił się bezpowrotnie. Z wykształconych, robiących kariery ludzi, staliśmy się niepełnosprawnymi, wymagającymi ciągłej pomocy i wsparcia osobnymi orbitami.

Co to znaczy?
Obwinialiśmy się bardzo. Kto chciał jechać ze znajomym, a kto sugerował taksówkę. Dlaczego chciałam wypić, zamiast być kierowcą i przyjechać swoim autem… aż po pytania, dlaczego nie mieliśmy dzieci, skoro teraz mieć ich już nie możemy…

Macie wsparcie psychologiczne?
Gdyby nie ono, chyba byśmy nie dali rady. Jest ciężko – ciągłe rehabilitacje, sprzęty, brak możliwości zarobku, po oczywiście psychikę i emocje. Z tym jest najgorzej. Wydawało nam się, że mamy życie zaplanowane, pod pełną kontrolą. A w kilka sekund okazało się, jak bardzo jesteśmy niepokorni, mali, krusi…

Gdybyś mogła żyć jeszcze raz, przed wypadkiem, co byś zmieniła?
Wiesz, ja nie widziałam nigdy niczyich nieszczęść. A nawet dyskutowałam i przekonywałam Arka, że jak ktoś jest biedny, niezaradny, to jego wina. Niepełnosprawnych zwalałam na kark państwa. Nie pomagałam, nie miałam empatii. Wydaje mi się, że nie chciałam widzieć bólu, cierpienia, bo byłam człowiekiem sukcesu. Po co truć sobie głowę pesymistycznymi obrazkami… życie pokazało, jak bardzo się myliłam.

Rozmawiacie z Arkiem o życiu, o tym , jak wyciągnąć naukę z wypadku?
Staramy się ostatnio. Doszliśmy do wniosku, że kiedyś goniliśmy tylko za pieniędzmi, żeby spełniać zupełnie niepotrzebne zachcianki. Dziś potrzebujemy pieniędzy, żeby po prostu trwać. To wielka różnica, a wtedy jej nie widzieliśmy. Wydawało nam się, że musimy zarabiać, bo trzeba większe mieszkanie, nowy model auta, wakacje na Bali… dzisiaj wiemy, że to wszystko były zbytki i ludzie mają problem z normalną egzystencją.

Szkoda, że dopiero taka tragedia zmusza nas do refleksji…
Pytałaś, jaką naukę wyciągnęliśmy z wypadku. Może to właśnie ta nauka, a bez tragedii gdzieś byśmy się zagubili za kilka lat… a tak, nie możemy się załamać, bo kto się nami zajmie? Na depresje mogłam chorować kiedy robiłam karierę, kiedy było za co chorować, skupiać się na sobie. Teraz muszę walczyć o codzienność i nie pokazać Arkowi, że upadam na duchu.

Jak on to znosi?
Bardzo źle. Pewnie to przeczyta, więc chcę mu powiedzieć, że go kocham jeszcze bardziej, choć wymiar naszego życia to już inny świat. Mężczyźnie bardzo ciężko się oswoić z myślą, że jest totalnie zależny od kobiety, żony, od innych. Czuje się niepotrzebny, niemęski, słaby. I jeszcze dochodzi pożycie, którego brak… wiele cierpienia każdego dnia. Mimo to, musimy trwać a ja muszę go wspierać do upadłego.

Gdybyś miała przestrzec innych, którzy będą dzisiaj wsiadali za kierownicę wychodząc z firmowego spotkania, imprezy, co być powiedziała?

Każdemu mówię to samo. Wiem, że nikt nie myśli o wypadku, że uciekamy od tragedii, bo tyle – wydaje nam się – mamy problemów, że po co nam jeszcze dodatkowo się truć. I dobrze, że tak myślimy. Niestety jednak, najważniejsza jest rozwaga i trzeźwe myślenie przed wypadkiem, a nie po nim. Dlatego najważniejszą sprawą jest trzeźwość za kierownicą i odpowiednia prędkość. Nasze organizmy tracą koncentrację, szybkość reakcji po napojach alkoholowych, czy tego chcemy, czy nie. A samochód to puszka, która służy do przemieszczania się, ale w nieodpowiedzialnych rękach to puszka śmierci… trzeba o tym mówić, choć to niemiłe do słuchania.

Fragment tekstu pochodzi z książki Agnieszki Zydroń Dzień, który zmienił
ich życie.

Mamusia w naszym życiu – słowo, które ma tak wiele znaczeń…oby każda kobieta mająca małe dzieci mogła przeczytać te słowa, zanim stanie się MAMUSIĄ…

Mamusia w naszym życiu - słowo, które tak wiele znaczy...oby każda kobieta mająca małe dzieci mogła przeczytać te słowa, zanim stanie się MAMUSIĄ...

    Wiele lat kształciłam się i nadal uczę się za granicą. Prowadzę terapie, które zajmują się holistycznym wzmocnieniem organizmu człowieka. Tak wiele osób choruje dzisiaj fizycznie, a jednocześnie nie chce uporządkować emocji i psychiki. Na świecie bardzo duży nacisk kładzie się na połączenie stanu naszej psychiki, emocji z fizycznością. Jeżeli jesteśmy pełni nienawiści, konfliktów wewnętrznych i zewnętrznych – nasze ciało będzie cały czas dawało o tym znać. Konsultuje ludzi z różnych krajów i widzę, jak wiele problemów ze zdrowiem powtarza się, kiedy mamy konkretne sprawy w życiu i relacjach zablokowane. Chciałabym obecnie poruszyć temat trudny, ale w ostatnich latach u osób, które zgłaszają się do mnie o pomoc – niezwykle częsty. O dziwo, jest to bardzo częste właśnie w polskich rodzinach. Z jednej strony wydaje się, że temat dotyczy starszych kobiet, które wypuściły swoje dzieci z domu – z drugiej strony powinna to przeczytać każda mama, a szczególnie taka, która posiada jeszcze małe dzieci – aby mogła uniknąć błędów swoich poprzedniczek, ponieważ często nawet nie widzimy, jak toksyczną tworzymy więź z własnym, ukochanym dzieckiem. 

Cały artykuł dostępny do kupienia poniżej

30 minut audio gratis

Artykuł Mamusia w naszym życiu

4,00 

Często nie zdajemy sobie sprawy, jak z pozoru niewinne relacje z mamą wpływają na całe nasze dorosłe życie, na nasze plany, związki, osiągnięcia. Jakimi jesteśmy dorosłymi dziećmi ? Niezależnymi, szczęśliwymi, dojrzałymi czy sfrustrowanymi, w głębi rozczarowanymi, pełnymi gniewu na nasze mamy za to, że narzuciły nam swoją wolę a my nie potrafiliśmy się sprzeciwić…Czy poświęciłem związek bo mama mówiła…czy wybrałem miejsce zamieszkania bo mama tak chciała…czy w sercu nie robię tego, czego pragnę bo mama skrytykowała…Uzdrowienie relacji z mamą to pierwszy stopień do wolności i samodzielności w życiu…

Kategoria:

Opinie

Na razie nie ma opinii o produkcie.

Napisz pierwszą opinię o „Artykuł Mamusia w naszym życiu”

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Miałam dość ludzi, rodziny, tłumów w markecie a teraz marzę o przytuleniu…

Miałam dość ludzi, rodziny, tłumów w markecie a teraz marzę o przytuleniu…

Pamiętam jak rok temu stałam w kolejce do odprawy na lotnisku, zastanawiając się, jak uciec od tego wszechobecnego hałasu, zgiełku, pośpiechu, ludzkiej energii, która nas nieustannie otaczała. Tłumy spieszących się ludzi, odprawa, start, lądowanie, odprawa…i tak w kółko. Tysiące niezatrzymujących się, wciąż dotykających się, funkcjonujących w swojej przestrzeni istnień. Marzyłam o tym wyjeździe na mało zaludnioną wyspę właśnie po to, żeby odpocząć od ludzi. W firmie każdego dnia mnóstwo spotkań, napięty grafik, w sklepach tłumy, galerie pełne nawet o 21 wieczorem, korki, zniecierpliwienie ciągłą obecnością, wojna o miejsca parkingowe, zajęcia i treningi dzieci, zebrania w szkole, delegacje i imprezy firmowe męża, urodziny, Wigilie, obiady rodzinne…ludzie, ludzie, ludzie…. I ten przymus, że trzeba zaprosić, trzeba odwiedzić, trzeba ugościć….

I nagle, niespodziewanie, bez zapowiedzi – cisza i pustka… parkingi opustoszałe, parki bez ludzkiego ducha, rynki w dużych miastach milczące podczas sylwestrowej nocy…

Świat zamarł, zatrzymał się, schował w murach i czterech ścianach pokazując, jak niewiele możemy przewidzieć – próbując zapobiec wszystkiemu. Kontrola nie pomogła – zmiany na świecie przyszły i uparcie idą swoim tempem wyciągając człowieka siłą ze znanej mu strefy komfortu, poczucia bezpieczeństwa, biznesplanów na kolejne 10 lat. Czym bardziej próbujemy walczyć ze zmianami – tym trudniej przychodzi nam zaakceptować to, co dzieje się wokoło…. Mieliśmy tak dosyć marketów, sklepów, tłumów, rodziny, cioć i sąsiadów….tak dosyć pretensjonalności, roszczeniowości, wchodzenia innych w naszą przestrzeń, która tak wołała o chwilę samotności…

Wyjechałam do stolicy 15 lat temu, najpierw dyplom, później praca w korporacji, ciągłe wyjazdy, grafik napięty przez cały tydzień – opowiada 38 letnia Joasia. Stały związek w takiej sytuacji nie miał racji bytu, ale nie brakowało mi wieczornych kolacji z mężczyzną, bo w dzień zajmowały mnie spotkania firmowe, lunche w restauracjach, w weekendy jeździłam odpocząć do rodziny lub do SPA, urlopy w hotelach…miałam przyjaciół, mnóstwo ludzi w życiu zawodowym, ulubione miejscówki turystyczne – wygodne, choć zagonione życie singla w wielkim mieście. W domu prawie nie przebywałam oprócz nocy. Funkcjonowałam w mieście, na zewnątrz, bo po to przyjeżdżasz do dużego miasta. Łączą Cię z ludźmi ambicje, plany, marzenia, a nie chęć wspólnych spacerów z psem po 15 tej. To, co się wydarzyło – wstrząsnęło całym moim spojrzeniem na świat. Pierwsze tygodnie były bardzo dobre – pomyślałam, że to okazja na pobycie w końcu w domu. Sprzątałam, czytałam, dzwoniłam do rodziny i odnawiałam wirtualne kontakty. Świat w sieci zastąpił mi spotkania w firmie, ale przynajmniej nie musiałam stać w korkach. Same plusy. Owszem – gdyby ten czas trwał 3 tygodnie – byłby darowaną nam od losu niespodzianką i prezentem. Niestety, z miesiącami, przy okazjonalnym załatwianiu spraw, jakie miałam w firmie poza komunikatorami online – zaczęłam tracić motywację do ubierania się, wstawania, zdrowego stylu życia. Pogrążało mnie oglądanie w internecie celebrytek pokazujących cudowny świat w którym ćwiczą w domu, szykują się na wiosnę, uśmiechają z gromadką ślicznych dzieci do obiektywu. Zastanawiałam się, czy tylko ze mną jest coś nie tak i tylko ja odczuwam dziwny, pogłębiający się marazm i samotność. Zaczęłam czuć, że wolałabym przeszkadzające dzieci na lekcjach online, męża, z którym mogę porozmawiać i cokolwiek – byle nie być totalnie samą. Wielkie miasto zdziczało – ludzie zamknęli się w
domach, w swoim świecie i udają, że za chwilę wszystko będzie jak dawniej – choć ostatnio coraz gorzej im to wychodzi. Ostatecznie zdecydowałam się na profesjonalną pomoc – choć także online, bo miałam wybór – psycholog albo depresja. Musiałam na nowo się poukładać. Mnóstwo pytań, na które nigdy nie miałam czasu. Czuje, że zaczynam wypływać na powierzchnię. Analizuje swoje wybory życiowe, zastanawiam się, jak chcę pokierować życiem na najbliższe lata, a zamiast wpadać w dół – buduje fundamenty do przeorganizowania życia. Może wrócę do mniejszego miasta, zdążę jednak urodzić dzieci…to było kiedyś nie do pomyślenia w moim życiu, ale obecnie – wszystko się zmienia a samotność zweryfikowała to, na czym budowałam do tej pory. Pierwszy raz podczas pandemii pomyślałam, że jak tu będę taka sama to przecież w ten sam sposób spędzę starość…gdzie będę pochowana, kto do mnie przyjdzie – dziwne pytania, które przyszły wraz z wszechobecnym straszeniem nas chorobą i śmiercią. I choć może na wyrost – jednak jakąś strunę we mnie poruszyły. Zmieniam siebie a zapewne pójdzie za tym zmiana życia – kończy kobieta. 

    Joasia jest przykładem wykształconej kobiety sukcesu, której życie w ostatnich miesiącach całkowicie się zmieniło. Wielkie miasta zamarły pokazując, jak szybko można w nich stworzyć przestrzeń widmo niczym z filmów, które traktowaliśmy jako wytwór ludzkiej wyobraźni. Narzekając na fizyczną obecność ludzi tak naprawdę często wołaliśmy, że nie chcemy emocjonalnej samotności w tłumie, a nie zniknięcia wszystkich z naszego otoczenia… Czy teraz coś się zmieniło ? Czy bycie samemu w domu zawsze oznacza bycie samotnym? Czy łatwiej w pandemii mieć dzieci, związek, który nagle okazuje się bardzo nieidealny czy być samemu i tęsknić za przytuleniem, wspólną kawą, rozmową o świecie…czy jest wyjście idealne ? Nie ma…tak jak nie ma idealnych ludzi i idealnych sytuacji…

    Karolina mieszka w małym mieście na wschodzie Polski. Mają z mężem troje dzieci w wieku szkolnym. Opowiadają, że pierwsze dni pandemii były dla nich zbawienne – grali w monopol, chińczyka, sprzątali, rozmawiali w końcu bez pośpiechu. Zrobili listę zadań dla każdego, leżeli wieczorami w łóżku, a rano nie musieli zrywać się o świcie, żeby zdążyć wyszykować całą trójkę do szkoły. Niestety po kilku miesiącach namawianie dzieci na ubranie się, zjedzenie śniadania przed zajęciami, pościelenie łóżek, funkcjonowanie stale w tym samym domu – stało się katuszą rozpoczynającą kolejny ciężki, rutynowy dzień. Lekcje online do popołudnia, komputer i zadania domowe wieczorem, projekty, których dzieci nie rozumieją, brak ruchu, pogarszający się wzrok, brak chęci do wychodzenia gdziekolwiek na zewnątrz. Martwię się, że dzieci tracą motywację do działania i życia w najlepszym momencie – zwierza się Karolina. Oni wchodzą w świat, powinni się cieszyć, fascynować, spotykać, żyć społecznie z innymi – a mam wrażenie , że coraz bardziej zamykają się w sobie. Nie wyobrażam sobie kolejnych miesięcy w takiej sytuacji. Z mężem też powoli mamy dosyć braku przestrzeni tylko dla siebie, bo choć mamy dom z ogrodem – dzieci są wszędzie całą dobę i wszyscy szukamy z jednej strony samotności, z drugiej jakiejś relacji, w której się zrozumiemy. To nie jest zdrowe, że jesteśmy dla siebie od roku całą galaktyką – potrzebujemy innych ludzi, aktywności, bodźców. Nie jest to przecież dzieci wina, ale jako dorośli czasami nie mamy już na to siły. Jedyną pociechą jest fakt, że mąż póki co może pracować, więc mamy środki na utrzymanie rodziny – opowiada Karolina.

Walka z pandemią, wirusami, lękiem o zdrowie…umieranie w samotności w zimnych, szpitalnych salach, brak zrozumienia drugiego człowieka, zmęczenie fizyczną obecnością bliskich a tęsknota za innymi relacjami, nawał obowiązków szkolnych przeniesiony do domu, brak ruchu, doświadczenie ogromnej samotności osób, które nie mają rodziny. Tak wielu walczy teraz z otoczeniem, z próbą utrzymania zdrowia, związku, relacji z dziećmi, pokonania samotności, uratowania swoich firm, stanowisk pracy, zabezpieczenia środków na przeżycie. Tak wielu zderzyło się nagle z murem, którego nikt nie zaznaczył na naszych mapach. Miało go nie być, świat przewidział wszystko, mieliśmy każdy szczegół pod kontrolą….

Chyba zaczynam płynąć z prądem – mówi 34 letni Jarek. Po prostu. Czytałem wiadomości, statystyki, doszukiwałem się nieścisłości, absurdów. Prawie wpadłem w depresję, przestałem w ogóle zauważać dobro wokół siebie. Teraz już akceptuje, że sytuacja nas zaskoczyła, ale przecież tak było wiele razy w historii. Były wojny, były epidemie, były miliony ofiar. Teraz jest inaczej, bo Ci, którzy są zdrowi fizycznie – upadają często psychicznie. To taki rodzaj ucisku, miarowego, stopniowego, ale stałego. Męczy niewidocznie a budzisz się i nic Ci się nie chce. Postanowiłem jednak z tym walczyć. Dyscyplinuje sam siebie – opowiada. Gimnastyka, obowiązki, plan dnia. Nie skupiam się już na czarnych scenariuszach, nie hoduje buntu a akceptuje i oczywiście robię, co mogę, żeby dobrze żyć pomimo wszystko. Dzwonię do bliskich, pytam, czy ktoś nie potrzebuje pomocy, skupiam się na ludziach, choć są najczęściej fizycznie niedostępni. Ale dzięki temu czuje, że jesteśmy większą grupą, społecznością, że nie jesteśmy sami i trzeba się wzajemnie wspierać.

 

Tak wielu z nas marzy, aby dzieci miały szansę znów biegać po korytarzach szkolnych i nie chodzić cały dzień w pidżamie po domu bez motywacji do życia. Tak wielu z nas zaczyna analizować i doceniać powietrze, szansę na uprawianie sportu z drugim człowiekiem, studia w sali wykładowej, przytulenie. Warto jednak przypomnieć sobie, że rok temu, zanim niespodziewanie zastała nas pandemia – większość z nas deklarowała, że ma dosyć tłumów, wszechobecnego hałasu, obecności ludzi w marketach, centrach handlowych , korkach na ulicach, wstawania o świcie do szkoły, gonienia z zajęć dodatkowych na treningi dzieci.

Tak wielu z nas było zmęczonych drugim człowiekiem, jego obecnością. Czy teraz to się zmieni ? Czy teraz, jak tylko będzie można – rzucimy się sobie w ramiona i znów zaczniemy żyć w szalonym kalendarzu spotkań, wydarzeń kulturalnych, imprez, studiów, szkoleń, wesel, urodzin…Czy jednak ten czas nie nauczył nas czegoś zupełnie nowego ? Czy nie jest tak, że docenimy relacje, ale zaczniemy je wartościować ? Okazuje się bowiem, że z jednej strony zostaliśmy wyizolowani z życia społecznego w szerszym gronie, z zajęć i aktywności, a z drugiej strony zostaliśmy często skazani na stałą obecność bliskich, którzy często okazali się ludźmi, z którymi nie chcemy i nie potrafimy przebywać 24 godziny na dobę. Czy czas pandemii sprawi, że oczyścimy listy naszych kontaktów i zostawimy tylko te, które naprawdę się sprawdziły i wiele dla nas znaczą ? Czy wrócimy do pracy z zaufaniem i radością, że w końcu możemy znów pracować z dotykiem, fizyczną obecnością czy raczej będziemy zdystansowani, poczujemy się niekomfortowo, bo przez czas izolacji poznaliśmy, że nie do końca taki system życia, ta praca, te osoby – są nam niezbędne. Jak zmieni się powrót do życia społecznego poza wirtualnym światem i czy w ogóle wrócimy do czasów sprzed roku…mnóstwo pytań, a pewnych odpowiedzi brak, bo właśnie tworzą się w zmieniającej się w każdej godzinie rzeczywistości. 

Jak budować na nowo relacje, skoro tak wiele zmieniło się w nas samych, w naszym postrzeganiu drugiego człowieka. Co z ludźmi, którzy zaczęli bać się zarażenia, choroby, kontaktu z drugim człowiekiem ? Jak pomóc w powrocie do życia dzieciom i młodzieży, która w niespotykany wręcz sposób została z dnia na dzień pozbawiona kontaktu z rówieśnikami, zabaw, ruchu, rozwoju społecznego? Czy odosobnienie zbliży nas do siebie czy jeszcze oddali ? Czy bycie samemu oznacza samotność czy raczej zdiagnozowaliśmy obecną wcześniej i jeszcze bardziej bolesną samotność w tłumie ? Jak zbudować nasz świat na nowo, w nowej rzeczywistości, odkrywając, że sam jestem także innym człowiekiem. Czy dzisiaj człowiek pragnie i potrzebuje jeszcze żywego kontaktu z drugim człowiekiem w pracy, w firmie, w szkole ?

Na te wszystkie pytania musimy odpowiedzieć sobie sami, ponieważ każdy nosi w sercu i duszy inną historię. Jedno jest pewne. Jest to czas, którego warto nie zmarnować. Czas, który może stać się najcenniejszą nauką. Czas, którego nie doświadczylibyśmy, gdyby świat nas nie zmusił siłą. Od nas zależy, czy wykorzystamy go dobrze, mądrze – bo przecież i tak przeleci, czy będziemy go tracić narzekając, buntując się i próbując na siłę zatrzymać to, co już przeminęło. I niekoniecznie trzeba nadążać za ćwiczeniami fitness, aby być sztucznie gotowym na lato. Wspaniale jest ćwiczyć – ale dla zdrowia, dla przyjemności, z potrzeby tylko i wyłącznie własnej. Pamiętać, że aktywność fizyczna to skarb dla organizmu, o ile idzie w parze z opanowaniem stresu, presji i zwykłym zadowoleniem. Niekoniecznie trzeba robić zdjęcia z uśmiechniętym bobaskiem pokazując, jak jesteśmy idealnie szczęśliwi. Niekoniecznie trzeba grać najszczęśliwszą w galaktyce kobietę – jeżeli właśnie przeżywamy kryzys swojego życia. Może warto właśnie teraz przestać nakładać kolejne maski ? Może to najlepsza okazja do odnalezienia siebie bez patrzenia na ocenę i opinię otoczenia – bo nagle życie okazało się tak kruche a świat tak niespodziewany. Koniecznie warto jednak zajrzeć do swojego wnętrza, pobyć samemu bez samotności i zapytać siebie kim chcemy się obudzić po pandemii. Jako kto wyjdziemy z tej próby ? Jaki obraz chcemy zobaczyć w lustrze – nie tylko fizycznie. Wykorzystanie tego trudnego czasu na własny rozwój jest największą szansą na nowe życie. Zbudowane na trudnym, ale nieodwracalnym procesie zmiany całego świata.

Agnieszka Zydroń

Agnieszka Zydroń

Psychologia w biznesie ( Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie)
Kulturoznawca, rosjoznawca ( Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie)
Licencjonowany pośrednik ( S2/2/P/2016 ) obrotu nieruchomościami
Polskiej Federacji Rynku Nieruchomości ( CEPI )
Certyfikat ukończenia Certyfikowanego Szkolenia Change Management In
Progress ( Psychologia procesu zmiany)
Praktyk w branży obrotu nieruchomościami oraz wymiany handlowej z Rosją
Autorka 3 książek oraz dziesiątek artykułów do prasy kobiecej oraz
biznesowej
Częsty gość programów telewizyjnych i radiowych

Święta, święta i…. karnawał!

Święta, święta i…. karnawał!

Wszędzie dookoła ozdoby świąteczne, wizerunek Świętego Mikołaja i prezenty, prezenty, prezenty….


Ostatnio jednak zauważam, że zamiast prawdziwej radości odczuwamy lęk i jesteśmy zestresowani, przytłacza nas ogrom obowiązków codziennych, a tu jeszcze trzeba zorganizować święta i to w wyjątkowych, pandemicznych warunkach.


Przypomnijmy sobie jednak, że święta są piękne, że milo jest spotkać rodzinę (nawet jeśli w tym roku to mniejsze grono), że niespodzianka pod choinką zawsze cieszy, że dzieci uwielbiają tę atmosferę, że piernik I makowiec są pyszne i że tak naprawdę  zawsze za tym wszystkim tęsknimy…

Dlatego poczujmy tę radość, weźmy głęboki oddech i do dzieła! Trzeba wszystko zorganizować z dobrą energią! Starajmy się robić wszystko myśląc pozytywnie – potrawy zawsze będą smaczniejsze, prezenty  przygotowujmy z myślą o obdarowywanych osobach, żeby to obdarowani byli uszczęśliwieni. Zdarza się niestety, że kupujemy gadżety, które nam sprawiają przyjemność, a nie  obdarowanym. Na przykład kupujemy córeczce mądrą książkę, a ona pragnie 20-tej lalki  Barbie  – tym razem w stroju Śnieżynki. Synek zaś marzy o klockach Lego a dostaje gruby ,”gryzący”, praktyczny sweter…..


Jeżeli w rodzinie nikt nie lubi karpia, to zróbmy pstrąga i też będzie pysznie i tradycyjnie!
Bo w święta chodzi przede wszystkim o spotkanie, o piękne relacje, o to żeby sprawić komuś radość  – ma to wynikać z serca, a nie z poczucia obowiązku. Jak wszyscy będą szczęśliwi  – to święta będą udane.


Paradoksalnie myśląc o sobie i swoich “radościach” będzie nam łatwiej zadowolić bliskich, bo zadowolenie z samego siebie przekłada się właśnie na pozytywna energię, która wszystkim się udzieli.
Bo jakim cudem zapracowana, zestresowana gospodyni domowa, która jest matką, żoną, synową, kucharką, kelnerką, Świętym Mikołajem i sprzątaczką – ma być uduchowiona i spokojna w tej świątecznej histerii.


Ja od lat stosuje własną, wypracowana i już sprawdzona metodę, którą się z Wami podzielę.


Otóż właśnie zaczynam od siebie…Od 1-go grudnia systematycznie zaczynam wyciągać z szafy wszystkie czerwone, ciemno zielone, złote stroje i ozdoby, dużo jest też u mnie szkockiej, klasycznej kraty, która jednoznacznie kojarzy się ze świętami. Jeżeli bardzo tęsknie za śniegiem, to wybieram też opcje “cała na biało” i wystrój wnętrza wtedy również jest biały z dodatkiem złota. Na Mikołajki, czyli 6.12, piekę piernik już w otoczeniu świątecznej atmosfery, tzn. w czerwonej sukience, fartuszku w Mikołajki (sama uszyłam dawno temu), w zabawnych bamboszach w choinki (prezent od Mamy), słuchając świątecznej muzyki w wykonaniu Boney M. (energetyzuje i wprawia mnie w wesoły nastrój). Makijaż jest obowiązkowy, często z brokatem, bo w święta trzeba błyszczeć. W trakcie rośnięcia ciasta i rozgrzewania piekarnika – wstępnie ozdabiam mieszkanie. Jemiołę wieszam dopiero w Wigilię, a choinkę stroję kiedy czas pozwala. Uwielbiam swoje świąteczne dekoracje i jest to tez dla mnie forma relaksu. Piernik musi swoje odleżeć, (najlepiej 3 tygodnie), dlatego będzie idealny dopiero w święta. Właściwie cały grudzień ubieram się już w zabawne swetry z jelonkami i śnieżynkami, spódnice lub spodnie w kratę są do tego idealne. Nawet jak ktoś uważa to za kicz – no to co? – przynajmniej jest zabawnie,  a dla mnie  to olbrzymia frajda i jak wiadomo radość i pozytywna energia się udzielają! W tym właśnie nastroju kompletuje wigilijny strój – to ważne gdyż w samą Wigilię mam już „gotowca” i komponowanie kreacji już mnie nie rozprasza. Zawsze staram się żeby było ślicznie ale też wygodnie. Ważne jest także, by w ten wieczór mieć coś zupełnie nowego – na szczęście – może to być bluzka, spódnica, sukienka, buty, polecam balerinki np. złote lub srebrne, śmiało zastępują czółenka no i można swobodnie krzątać się wokół rodzinki. Stare kapcie są zakazane!!! Warto przygotować cała rodzinę w tej samej konwencji stylizacyjnej -brzmi poważnie ale potem gdy oglądamy pamiątkowe zdjęcia, okazuje się, że było warto! Dzieci też muszą mieć świadomość wyjątkowej okazji i nawet jeśli krawat lub muszka są czymś nowym, to wdrażanie tradycji od najmłodszych lat jest okazaniem szacunku uczestniczącym w kolacji domownikom. Panowie obowiązkowo zakładają białe koszule i eleganckie buty! Nawet w warunkach domowych! Swetry „z reniferem” także są mile widziane. Bo gdy wszyscy wyglądają jest jak z romantycznego świątecznego filmu, to ta atmosfera się nam tez udzieli i będzie pięknie!

W tym dniu nie chodzi tylko o jedzenie ale przede wszystkim o spotkania, a „wisienką na torcie” jest zawsze wizyta Gwiazdora, w tym roku pewnie podrzuci prezenty potajemnie… Fajnym pomysłem jest wspólne śpiewanie kolęd, można wydrukować wcześniej teksty i wyśpiewać przynajmniej po dwie zwrotki! Ja już się nie mogę doczekać, a Wy?

Święta, święta i… Sylwester, nawet jeśli spędzony w zaciszu domowym lub pod gołym niebem, to także wyjątkowy dzień i należy się do tej okazji odpowiednio przygotować, okazać szacunek towarzyszom i sobie, bo to ważny etap przejścia w nową, lepsza rzeczywistość. Zostawmy smutki i stresy w starym roku i z radością cieszmy się teraźniejszością i bliską przyszłością .”Będzie jak będzie”, ale jak zorganizujemy się w Sylwestra i pierwszego stycznia, taki będzie cały rok – tak mówi przysłowie. Zastanówmy się czego pragniemy w nadchodzącym roku, kto jest dla nas ważny i dla kogo warto coś zmienić, a zawsze warto przeprosić, wybaczyć, podziękować i kochać!

Wszystko oczywiście nabiera mocy i wyjątkowości, gdy się ładnie ubierzemy, podmalujemy i uczeszemy. Zawsze sylwestrowo polecam dużo połysku i brokatu. Możemy poeksperymentować, sztuczne rzęsy kuszą, a cekinowe sukienki aż się proszą o założenie! Panowie także się musza przygotować, gdy po domu będzie krążyć cekinowo-brokatowa Śnieżynka!

U mnie w Rodzinie jest tradycja, że 1 stycznia ofiarowuje się COŚ nowego na Nowy Rok – to może być drobiazg, ale zawsze cieszy, więc pomyślmy o tym wcześniej! PS. Mili Panowie, pamiętajcie, że Wasze żony, kobiety, dziewczyny, siostry, córki uwielbiają piękne, niepraktyczne prezenty, które od razu można na siebie założyć! (Patelnie, odkurzacze i roboty kuchenne są surowo zabronione!!!) Może to być biżuteria, eleganckie dessous, wystrzałowa sukienka, albo setna para pantofelków etc. Prezent ten powinien być pięknie opakowany i stanowić prawdziwą niespodziankę, a roziskrzone, zachwycone oczy obdarowanej to prawdziwa nagroda dla dżentelmena. Więc do dzieła Panowie! Wszystkie Panie liczą na swoich Dżentelmenów!

Wiganna Papina

Wiganna Papina

Stylistka, wizażystka, kostiumograf. Od wielu lat dba o wizerunek polskich gwiazd.
Mgr Geografii na Uniwersytecie Gdańskim. Absolwentka 2 letniej Szkoły Kosmetycznej w Warszawie. Autorka kostiumów do 10 edycji programu Taniec z Gwiazdami TVN, seriali telewizyjnych m.in. „Niania Frania” TVN, Teatrów Telewizji TVP oraz sztukTeatralnych m.in. „Tango” Sławomira Mrożka dla Opery Kameralnej w Warszawie. Twórca cykli modowych w porannych programach śniadaniowych „Dzień Dobry TVN” i „Pytanie na Śniadanie”.

Bo umiera świat na brak miłości….patrzyłam jak idzie, niczym bezradne dziecko…słabiutki – ufający jednak, że mu pomogą…tak odszedł na zawsze w naszym szpitalu…

Bo umiera świat na brak miłości….patrzyłam jak idzie, niczym bezradne dziecko…słabiutki - ufający jednak, że mu pomogą…tak odszedł na zawsze w naszym szpitalu…

Moja babcia była piękną kobietą, zawsze w perłach. Została wdową po mężu, który nie wrócił z wojny. Kochała go ogromnie i nie przyjęła żadnych oświadczyn od innych mężczyzn przez wszystkie lata. Nie było jej łatwo, ale wychowała dzieci na wspaniałych ludzi. Jak trzeba – sprzątała, gotowała dla ludzi, ale zawsze z godnością i honorem. Mama mówiła, że babcia bywała oschła, zasadnicza, bo życie jej nie oszczędzało – opowiada Iwonka, której babcia umarła niedawno w samotności w szpitalnej sali. Podobno zawsze mówiła, że najważniejsze jest dane drugiemu człowiekowi słowo i uczciwość. Tak żyła. Czy tak umarła ? Nikt nie mógł być z nią w szpitalu z powodu pandemii. Tyle przeszła, tyle wycierpiała, a odchodziła w najgorszej sytuacji – bez przytulenia, bez czyjegoś wzroku, bez dłoni na swoim czole. Z samotnym, przerażonym wzrokiem. Nie ma nic trudniejszego, niż śmierć w samotności, wśród obcych, wśród twarzy zakrytych kombinezonami. Przez dziesięciolecia tracąc kogoś bliskiego – mogliśmy przynajmniej się pożegnać, ostatni raz spojrzeć na siebie lub przynajmniej mieć świadomość, że byliśmy w ostatnich sekundach, aby naszej mamie, tacie, siostrze – łatwiej było przejść z tego świata w inny wymiar. Człowiek umierając – zawsze jest sam i nic tego nie zmieni. Obecność jednak bliskich, trzymanie za ręce, załatwienie ostatnich spraw, wyjaśnienie, wybaczenie, przeproszenie, podziękowanie – jest tym, co pozwala w spokoju przeżyć ten trudny moment. Jeżeli ktoś po prostu znika – nie mamy szans zamknąć rozdziału, jakim była nasza relacja. Pozostaje wyrwa, pustka, której nie sposób całkowicie zapełnić nawet z czasem.

Ciężko sobie wyobrazić 80 letnią kobietę, która całe życie starała się żyć dla innych, nie chorowała i nagle musi zostać odstawiona w recepcji szpitala – odwrócić się ostatni raz, popatrzeć na córkę, syna, wnuka i już nigdy ich nie zobaczyć. Pójść do obcych, przebrać się w bezosobowe ubranie, położyć, poddać kroplówkom, zabiegom, których nie zna, nie rozumie, nie umie konstruktywnie o nic zapytać. Ma wzrok jak dziecko – ufając, że ktoś o nią zadba z uczciwością i etyką. Czy tak jednak jest zawsze ? Historie z ostatnich miesięcy pokazują, że tak wielu ludzi odeszło w totalnym przerażeniu, w pustej sali, nie mając kontaktu z najbliższymi. Takiej sytuacji nie sposób było sobie wyobrazić jeszcze rok wcześniej. Miłość, troska – były zawsze solą tej ziemi. To one dawały siłę do życia i do spokojnego umierania. Pozwalały pogodzić się z tym, co nieuniknione. Bo miłość przecież nie umiera, a żyje w naszych sercach zawsze. Jeżeli odchodzi nasza mama, tata, ukochana siostra, brat, córeczka lub synek – chcemy być z nim całym sobą, w jakimś stopniu część nas także z nim umiera, aby pozostała część mogła pozostać i żyć dalej. Przytulamy, płaczemy, czujemy, jak pęka nam serce. Ale jesteśmy. Nie uciekamy, aby nie widzieć, nie przeżywać, nie wesprzeć swoją obecnością. Nikt z nas nie chciałby odchodzić sam, na obcym łóżku i wiedzieć, że zaraz wywiozą nas w worku bez wzroku i obecności kogokolwiek bliskiego.

Rozmowy z ostatnich tygodni z osobami, które doświadczyły tego dramatu – są porażające. Moja mama mogła żyć, a wszystko stało się tak szybko. Widziałam ją ostatni raz w szpitalnych drzwiach. Miała wrócić za kilka dni po zabiegu. Coś poszło nie tak – nie było z nią nikogo z nas. Powiedziano nam, że pogrzeb musi być symboliczny. Nie wiedziałam, jak pomóc tacie, bratu i jak to wszystko unieść. Mamusiu, gdzie jesteś – łkałam w nocy i nie wierzyłam, że właśnie odeszła i nigdy już mnie nie przytuli. Świat pokazał nam najokrutniejszą twarz. Potraktował moją mamę jak numerek, przedmiot – zabrał i zutylizował. Po prostu. Była dla nas wszystkim. Mam 17 lat. Planowała moje 18 te urodziny i mówiła, że wtedy pojedziemy gdzieś bez taty i brata- tylko we dwie na noc do SPA. Chciała, żebym stawała się mądrą kobietą. Uczyła mnie pomocy słabszym. Zawsze powtarzała, że najważniejsza jest obecność. Byłam z nią kilka razy jako wolontariusz w hospicjum. Trzymała ludzi za rękę i mówiła, że to jest najważniejsze…A sama ? Odeszła młodo, beze mnie, bez taty, bez brata…nie wiem, czy kiedykolwiek wybaczę światu, że tak nas potraktował. Wiem, że była świadoma, jak odchodziła, że poprosiła, żeby nam przekazać, że nas kocha i będzie patrzyła z góry i że ogromnie tęskni….

Czy mam żal do lekarzy, do ludzi ? Nie mam, choć to, jak wielu z nich bezdusznie podchodzi do drugiego człowieka jest dla mnie szokiem – mówi Marlena, której tata zmarł niedawno w samotności. Z drugiej strony jest mnóstwo wspaniałych lekarzy, którzy oddają swoje serce i codzienność, aby w morzu potrzeb zrobić wszystko, co można. Gdyby zaczęli płakać po każdym umarłym na oddziale – nie miałby kto pomagać. Troskę, obecność przy chorych zawsze przejmowała rodzina, a lekarz mógł leczyć. Teraz sytuacja stała się porażająca. Lekarz musi leczyć, a nie przytulać, ludzie umierają przerażeni a rodzina stojąc pod oknem ze łzami w oczach ma nadzieje, że pielęgniarka będzie miała serce i choć dobrym wzrokiem uspokoi samotną śmierć.

Patrzyłam, jak mój tata ledwo idzie na biopsję prostaty – słaby, sam na korytarzu – tam, gdzie mu kazali wejść. Z małą reklamówką, z kilkoma osobistymi rzeczami. Tyle zostało po człowieku, który wychował czworo dzieci, pomagał przy wnukach, wspierał innych ? Tyle mu świat oddał ? Pani w recepcji powiedziała bardzo zimno, gdzie ma iść, a mi kazała po prostu sobie pójść. Nie mogłam nic zrobić. Patrzyłam jak idzie, niczym bezradne dziecko…słabiutki – ufający jednak, że mu pomogą…tak odszedł. Na zawsze…nie zapomnę go nigdy, jak szedł samotny w głąb tego długiego korytarza…

Takich wyznań i dramatów ludzkich mamy obecnie bardzo dużo. Po cichu, w samotności – odchodzą nasi najbliżsi. Takie odejście to ogromna trauma. Czy bardzo cierpiał, czy bał się okrutnie, czy mu pomogli, czy ktoś był dla niego życzliwy, czy go bolało, czy płakał, czy wierzył, że jeszcze nas przytuli….

Starość. Często sama, zapomniana. W obecnych czasach jej twarz przybrała inny obraz. Jeżeli pójdziesz – możesz już nigdy do nas nie wrócić. To koniec. Luksusem jawi się śmierć wśród bliskich, z ręką w czyjejś dłoni…luksusem jawi się pogrzeb, na który mogą przyjść ostatni raz bliscy i dalsi nam ludzie…pożegnać się, powspominać, zapłakać.

Luksusem staje się bliskość drugiego człowieka, miłość i obecność – po prostu.

Czy mamy wpływ na to, co rozgrywa się obecnie w szpitalnych salach ? Mamy. Pomimo trudności, pomimo zagrożeń. Zawsze mamy szansę być ludźmi. Zawsze mamy szansę powiedzieć jedno dobre słowo dla spłakanej rodziny „ Nie cierpiała, byliśmy przy niej do końca, odeszła spokojna „. Zawsze mamy szansę powiedzieć „ Rozumiem Was”. Podczas wojen, podczas epidemii, podczas zmian w historii – mieliśmy szansę poznać prawdziwe oblicze drugiego człowieka. Czy pomagał, czy wręcz przeciwnie – wychodził z niego potwór… Tak wiele przykładów, gdzie ludzie, którzy byli na co dzień oschli i pozornie obojętni – okazywali się wielkimi bohaterami codzienności. Tyle sytuacji, gdzie ludzie, którzy opowiadali o wielkich ideach – obojętnie patrzyli na cierpienie innych w momencie próby.

Teraz jest sprawdzian dla nas wszystkich. Z naszego człowieczeństwa. Starsi ludzie byli tak niedawno młodymi dziewczynami i chłopakami. Mieli pierwsze miłości, pucate policzki, sukienki w grochy. Kochali życie. Rodzili , wychowywali nas – i dla nas znosili okrutne momenty w historii – aby zapewnić nam życie i dach nad głową. Tak mało myśleli o sobie, o konsumpcji dla siebie, bo czasy były inne, szare, nasączone lękiem. To naszą rolą jest uszanować ich życie, aby nasze dzieci – uszanowały nasze. Nikt z nas nie jest idealny i każdemu z naszych dziadków, babć, rodziców – można coś zarzucić. Każdy z nas jednak nie jest w życiu bez grzechu, bez wad, bez błędnych decyzji, które mogły skrzywdzić nasze dzieci i bliskich. To jest moment w historii, aby wybaczyć, aby popatrzeć w oczy – póki można – i podziękować. Za wszystko. Kiedy jesteśmy lekarzami, pielęgniarkami – mamy dodatkową misję w tym ciężkim czasie. Pozostać człowiekiem. Pamiętać, że na sali nie umiera samotnie bezimienna kobieta lub mężczyzna, ale czyjaś mamusia, tatuś, córeczka lub synek – przytulał się, śmiał i pragnął tak jak my – po prostu żyć. To my mamy teraz jedyną szansę, aby odeszli w godności i poczuciu, że ludziom mimo wszystko – można ufać.

Jesteśmy w momencie sprawdzianu z człowieczeństwa i cudownie, jeżeli postaramy się go zdać jako jeden z ważniejszych w życiu.

Agnieszka Zydroń

Agnieszka Zydroń

Psychologia w biznesie ( Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie)
Kulturoznawca, rosjoznawca ( Uniwersytet Jagielloński w Krakowie)
Licencjonowany pośrednik ( S2/2/P/2016 ) obrotu nieruchomościami
Polskiej Federacji Rynku Nieruchomości ( CEPI )
Certyfikat ukończenia Certyfikowanego Szkolenia Change Management In
Progress ( Psychologia procesu zmiany)
Praktyk w branży obrotu nieruchomościami ekologicznymi
oraz wymiany handlowej z Rosją
Autorka 3 książek oraz dziesiątek artykułów do prasy kobiecej oraz
biznesowej
Częsty gość programów telewizyjnych i radiowych

Mąż odszedł zostawiając mnie w największym bólu…dzisiaj jestem inną kobietą.

Mąż odszedł zostawiając mnie w największym bólu…dzisiaj jestem inną kobietą.

Mój synek miał 3 latka. Adasia kochałam ponad wszystko. To było upragnione i wyczekane dziecko. Pragnęłam go przez kilka lat, kiedy nie mogłam zajść w ciążę. Mój mąż, Tomek, pracował w korporacji podobnie jak ja, ale zawsze deklarował, że pragnie mieć dziecko i pełną rodzinę. Kiedy urodziłam, wszystko wydawało się naszym rajem. Adaś był zdrowym dzieckiem, choć potrzebował dużo uwagi. Martwiłam się, kiedy miał kolki i bóle brzuszka. Był naszym skarbem. Tomek go przewijał, kąpał i wybierał ze mną wózek. To wszystko było naszą codziennością. Po kilku miesiącach zaczęłam coraz gorzej się czuć. Dziecko po 30 tym roku życia to zawsze większe wyzwanie dla organizmu. Nieprzespane noce dawały mi się we znaki coraz bardziej. Rano nie mogłam wstać, wieczorem czuwałam przy płaczącym dziecku. Tomek zaczął wracać coraz później do domu, ponieważ szef zarzucał go nowymi projektami.

Nie rozumiałam, dlaczego ma tyle dodatkowej pracy akturat w momencie, kiedy mamy małe dziecko a ja potrzebuje jego wsparcia jak powietrza. Faktycznie – kiedy przychodził o 19 wieczorem – stawałam się trudna. Chciałam się wygadać, powiedzieć, jak jest mi ciężko przez cały dzień samej, jak brakuje mi ludzi, jak zaczynam umierać. Wszystko to przecież było do zniesienia, chodziło tylko o wsparcie, jego energię, siłę. To dałoby mi zastrzyk do działania na wiele dni. Tymczasem Tomek też wracał coraz bardziej rozdrażniony. Jadł zdawkową kolację i siadał przed telewizorem. Miałam wrażenie, że płacz małego go irytuje a moja obecność i próba rozmowy doprowadza do szału. Milczał, a następnie zaczął mi wypominać, że tylko narzekam. W jakiejś części było to prawdą, ale przecież wczesne macierzyństwo, właściwie samotne przez cały dzień nie było tylko kolorowym obrazkiem. Owszem, zaczęłam nawiązywać nowe znajomości na spacerach, rozmawiałam z innymi matkami, niemniej tęskniłam do dawnego świata. Adaś rósł i jakoś wszystko szło swoim rytmem. Szczepienia, pierwsze katary, rytm dnia i nocy regulowany przez karmienia, przewijania i pierwsze uśmiechy. Czy nie było radości? Oczywiście, że była. Mnóstwo pięknych chwil. Gaworzenia, pierwsze ząbki, cudowny kontakt i poznawanie własnego dziecka. Kochałam synka ogromnie. Męża także, ale jakaś rana samotności coraz bardziej zagnieżdżała się w moim sercu.

Pewnego wieczoru Tomek po powrocie do domu rzucił na kanapę nową, sportową torbę i zestaw ubrań do treningów. Oznajmił, że dwa razy w tygodniu po pracy wychodzi na siłownię ze znajomymi z pracy. Coś mnie zakuło boleśnie, ponieważ tak bardzo mi go brakowało, tak bardzo tęskniłam a nagle okazuje się, że te okrojone wieczory, które mamy dla siebie – znikają na jego żądanie. Może powinnam była milczeć. Przecież każdy mężczyzna potrzebuje oderwania od codzienności. Kobieta co prawda też, ale w jaki sposób to zrobić, kiedy padam ze zmęczenia na twarz i nie mogę wygospodarować czasu na zwykłe czynności. Nie chciałam znów się awanturować, bo miałam wrażenie, że Tomek natychmiast to wykorzystuje, znika albo zamyka się w swoim osobnym życiu. Bardzo chciałam być jego częścią. Nagle zostałam ja i Adaś a z drugiej strony mój mąż z oddzielnym światem.

Takie życie trwało trzy kolejne, długie lata. Milczenie, próby rozmowy, moje narzekania na pustkę, samotność, nieobecność Tomka…z drugiej strony informacja, że nie doceniam jego pracy, krytykuje, marudzę i nie chce się do nas wracać do domu…ból i pytanie : co się stało? I nagle tak żenująco tandetna sytuacja, jaką opisują tanie romanse. Przez chwilę nieprzypilnowany telefon, kiedy Tomek poszedł do łazienki. Dźwięk sms, moje popatrzenie na ekran i natychmiastowy atak Tomka, który niespodziewanie pojawił się za moimi plecami. Zabrał natychmiast telefon sprzed moich oczu i z pretensją zarzucił mi, że nie może mieć we własnym domu odrobiny prywatności. Nie wiedziałam, co powiedzieć. Tęskniłam za nim jak szalona. Wolałam nie dopuścić myśli, że to, co się dzieje – racjonalnie wskazuje na inną osobę. Nie, w naszym życiu to się nie zdarza. U innych tak – nie u nas. Zawsze sobie ufaliśmy, tak dużo kiedyś rozmawialiśmy, mieliśmy udany seks…lata temu, ale jednak…

Co zrobiłam z raną i niepewnością w sercu? Zamiotłam pod dywan. Nie chciałam tego wiedzieć. Wolałam łudzić się, że wszystko wróci do normy, bo czego oczy nie widzą, to sercu nie żal. On wychodził i wracał prawie nocami, ja grałam żonę z dzieckiem w zadbanym domu. Budziłam się nad ranem i patrzyłam w sufit…mój krajobraz samotności…on spał z drugiej strony łóżka. Zadbany, coraz bardziej wyćwiczony na siłowni…Powinnam być z niego dumna – wmawiałam sobie. Tak wielka naiwność, a zarazem tak potrzebna zasłona dymna dla kobiet w mojej sytuacji. My nie chcemy, żeby ostatecznie okazało się, że musimy zareagować, skończyć coś definitywnie. Czasami chcemy wierzyć, że to niemożliwe, że nasza bajka trwa.

Życie jednak nie znosi próżni, a nasze wspólne życie – taką się stało. Pewnego dnia Tomek wrócił do domu i położył dokumenty na stole. Powiedział, że zabiera swoje rzeczy, nie chce mnie ranić. Poprosił, żeby przeczytała i zapewnił, że chce się porozumieć bez konfliktu. Usiadłam i patrzyłam w okno. Pusta, oniemiała. Zapytałam, czy kogoś ma. Odparł, że jestem chorobliwie zazdrosna i że nie mam żadnych dowodów, więc żebym uważała na słowa…Nie oskarżyłam. Zapytałam. Skąd ta wrogość, oskarżenia? Siedziałam czując się jak posąg, czyli – nie czując nic…po prostu przepaść…

Wieczorem przeczytałam dokumenty, a właściwie historię obcej pary, której nie znałam…Dowiedziałam się, że Tomek przez wiele lat czuł się zaniedbywany, pozostawiony bez kobiecej troski, że skupiłam się tylko na dziecku, że czuł się samotny, odrzucony i walczył ile dał radę…nie wierzyłam. Czy można tak inaczej widzieć jedno życie? Czy ten obraz był wymyślony, czy faktycznie nasze głowy i serca tak inaczej czuły wszystko, co się działo. Nie rozmawialiśmy, bo Tomek nie miał na to po pracy siły… później nie miał czasu…Jak się czułam? Zaczęłam czuć się winna, bo może faktycznie stałam się tylko matką…nie czułam tego, ale może on tak czuł…Podczas rozwodu dużo wzięłam na siebie. Liczyłam, że może kiedyś się jeszcze uda, że Tomek zatęskni, zrozumie, że mi wybaczy te zaniedbania…byłam taka zmęczona…Sąd orzekł nasz rozwód bez orzeczenia o winie…staliśmy się wolnymi ludźmi, a jednocześnie ja żyłam tylko tym, że on do nas wróci, skoro nie było przecież dramatycznego powodu rozstania…

Miesiąc po rozwodzie, kiedy siedziałam w dresie na kanapie po uśpieniu synka i rozmyślałam nad życiem usłyszałam dźwięk telefonu…Przyjaciółka przywitała się z dużym współczuciem i powiedziała, że Tomkowi na pewno nie wyjdzie związek z tą kobietą… Patrzyłam w sufit i nie wierzyłam…

Tomek na długo przed rozwodem był już w kolejnym związku…nie wiedziałam o tym i czułam się taka winna…

Nie znamy drugiego człowieka…nawet tego, którego uważamy czasami za najbliższego… znamy tylko siebie i pamiętajmy, że samorozwój i świadomość, że tak wiele zależy od innych czynników a nie od nas – jest naszą najlepszą nauką. Czy mogłam zawalczyć? Mogłam…Czy mogłam być bardziej troskliwą żoną…? Na pewno mogłam…Czy jestem winna…? Współwinna, jak większość z nas w związkach. Dzisiaj wiem, że ten ból wiele mnie nauczył i że był potrzebny.

Od odejścia męża zaczęłam drogę samorozwoju i dojrzewania jako kobiety. Już nie jestem zależna od tego, co zrobi drugi człowiek. Na jego wybory nie mam wpływu. Odpowiadam za siebie i na tym obecnie w życiu się skupiam. W szczęśliwym, dojrzałym, akceptującym – nie zawsze idealnym życiu.

Ból odchodzi, pamięć i nauka zostaje. Życzę kobietom, aby z takich sytuacji wychodziły mądrzejsze i silniejsze. Bo to jest nasza największa siła.

Agnieszka Zydroń

Agnieszka Zydroń

Psychologia w biznesie ( Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie)
Kulturoznawca, rosjoznawca ( Uniwersytet Jagielloński w Krakowie)
Licencjonowany pośrednik ( S2/2/P/2016 ) obrotu nieruchomościami
Polskiej Federacji Rynku Nieruchomości ( CEPI )
Certyfikat ukończenia Certyfikowanego Szkolenia Change Management In
Progress ( Psychologia procesu zmiany)
Praktyk w branży obrotu nieruchomościami ekologicznymi
oraz wymiany handlowej z Rosją
Autorka 3 książek oraz dziesiątek artykułów do prasy kobiecej oraz
biznesowej
Częsty gość programów telewizyjnych i radiowych

Siostra i brat. Przyjaciele czy konkurenci?

Siostra i brat. Przyjaciele czy konkurenci?

 

 Tak wiele osób, które nie mają rodzeństwa często przyznają, że to ich największe marzenie. Kiedy zabraknie rodziców – mamy z kim dzielić wspomnienia, na kogo liczyć, z kim przeżywać najważniejsze w życiu wydarzenia. Nikt nas przecież nie zrozumie tak dobrze, jak osoba z nami wychowana, dzieląca podobne wartości, mająca podobne wspomnienia. To łączy na całe życie. I rzeczywiście – jeżeli relacje w rodzinie są prawidłowe – rodzeństwo jest swoim największym sprzymierzeńcem. Kiedy nie układa nam się w związku, kiedy przeżywamy chorobę, trudności w pracy – zawsze można zadzwonić, pojechać, wyżalić się i poczuć jak w domu. Bo tego, co może nam powiedzieć bezkarnie brat czy siostra – nie pozwolimy wypowiedzieć nikomu innemu. Jak zawsze przesadzasz, ogarnij się i przestań popełniać te same błędy, jesteś taki sam jak wtedy, kiedy płakałeś mamie, że musisz zostać w przedszkolu….takie słowa ujdą na sucho bratu, ale na pewno nie koledze z sąsiedztwa.

     Dlaczego relacja rodzeństwa jest taka ważna? Jeżeli rodzice nie są wystarczająco troskliwi, jeżeli w domu są dysfunkcje – rodzeństwo wspólnie przeżywa trudności, rozczarowania, samotność, brak zapewnionych potrzeb. Ma siebie. Ma wsparcie. Ma z kim przejść przez ten bardzo trudny czas. Jeżeli rodzice dają dzieciom ciepły dom, opiekę i zapewniają potrzeby materialne i emocjonalne – dzieci są kompanami w zabawie, nauce, mają z kim się pośmiać, pokłócić, z kim spędzać wspólne wakacje. Zawsze przyjemniej chorować wspólnie, mieć z kim w łóżku popić kakao czekając, aż rodzice wrócą z pracy. Kiedy kolega na podwórku zabierze rower – cudownie pobiec po starszego brata i patrzeć, jak nasz dwukołowiec grzecznie wraca na swoje miejsce. Starsze rodzeństwo to kopalnia dumy, nowych znajomych, poczucie, że ktoś nas zawsze na tym świecie obroni i wesprze, bo przecież przeszedł już naszą drogę, a jest postępowy i młody, z naszego świata. Młodsze rodzeństwo – choć w życiu często odganiane i traktowane jako przeszkadzający balast – daje nam poczucie odpowiedzialności, troski, poczucia, że jesteśmy dla kogoś najmądrzejsi i stanowimy wzór, który zobowiązuje.

Na nasze relacje z bratem i siostrą wpływa nasz charakter, różnica wieku ale także to, jak rodzice nas wychowywali. Czy uczyli nas solidarności czy konkurencji? Czy często słyszeliśmy, że Kaśka była taka zdolna, a my jawiliśmy się im jako nieudacznicy…czy Marek jadł lepiej i lepiej wyglądał, bo przecież słuchał mamy bardziej niż my…Czy mieliśmy szansę stworzyć zespół, w którym byliśmy z rodzeństwem w jednym obozie? Wiele osób mówi, że mała różnica wieku to konflikty, ale też mnóstwo wspólnego. Zainteresowania, idole, gusty….Większa różnica wieku zaciera się w dorosłym życiu, ponieważ często takie dzieci wychowują się niczym dwoje jedynaków…Wszystko ma swoje plusy i minusy – jak to w życiu bywa.

Warto jednak skupić się na tym, czego dotyczy ten artykuł. Czy mając siostrę lub brata – faktycznie zawsze, z automatu – mamy przyjaciela i powiernika? Niestety, życie pokazuje, że nie jest to takie proste. Tak często jesteśmy sobie obcy, tak często nie rozmawiamy latami lub przez całe życie. Tak często czujemy, że rodzice byli lepsi dla naszej siostry i trudno nam to wybaczyć. Tak często czuliśmy, że naszą największą konkurencją jest siostra lub brat, którzy zawsze mieli lepsze oceny i potrafili uzyskać od rodziców to, czego tamci wymagali. Idąc w dorosłe życie – bardzo często powtarzamy wzorce z dzieciństwa i rozpamiętujemy dawne uczucia. 

            Dla mnie starszy o 10 lat brat jest całkowicie obcy. Kiedy się urodziłem – podobno był wściekły, że zabrałem mu uwagę mamy i chyba tak już zostało. Nie spędzaliśmy razem czasu, nie dawał mi wsparcia starszego brata, a wręcz zawsze czyhał, aż coś zrobię nie tak, żeby mnie wyśmiać lub naskarżyć rodzicom. Kiedy poszedł na studia i wyjechał do innego miasta – odetchnąłem z ulgą. Przestałem czuć, że ktoś cały czas ma do mnie jakąś ukrytą pretensję. Kiedy się ożeniłem – tata już nie żył i mama zaproponowała, żebyśmy mieszkali z żoną razem z nią – dom był bardzo duży i wymagał wiele pracy. Było to dla nas wygodne, bo mogliśmy skupić się na pracy zawodowej, a później mieliśmy pomoc przy synku. Brat przyjeżdżał i dzwonił bardzo rzadko, właściwie nie był mamą i domem zainteresowany. Kiedy ona chorowała i wymagała totalnej opieki – zamiast przyjechać i pomóc – dzwonił i miał pretensję, że nie staramy się załatwić jej lepszych lekarzy. Miałem go serdecznie dosyć. Nie było mowy o żadnej relacji, wsparciu, a jedynie pretensje, wieczne „coś”. Kiedy mama odeszła – dla nas bardzo dużo się zmieniło. Brakowało jej bardzo, byłem z nią mocno związany. Brat oznajmił, że należy podzielić dom. Po prostu. Nic innego go nie interesowało. Powiedziałem, że może mieszkać, wprowadzić się do nas, ale na sprzedaż się nie zgadzam. Skończyło się konfliktem i nie mamy teraz żadnego kontaktu. To nie jest żadna relacji, nie mówiąc o przyjaźni i zaufaniu.Dlaczego tak często rodzeństwo jest od siebie tak daleko? Każda relacja wymaga podlewania, dbania o nią, a przede wszystkim zbudowania jej na samym początku. W pierwszych latach życia największą rolę w budowaniu więzi pomiędzy rodzeństwem mają rodzice. To oni pokazują, jak ważna jest miłość siostry do brata, wzajemna troska, wspólna zabawa, solidarność. Do tego dochodzą charaktery dzieci – nie zawsze przecież ludzie po prostu sobie odpowiadają. Niezależnie jednak od sympatii – zawsze najważniejszy jest w życiu szacunek. I jeżeli tego zabraknie – rodzi się pogarda, wrogość, konkurencja i zazdrość. Już historia Kaina i Abla obrazuje, do jakich tragedii może doprowadzić zazdrość jednego brata o drugiego. Pomimo wieków, które nas dzielą – niewiele się zmieniło w ludzkiej psychice.

       Karolku, zobacz jak Jacuś ładnie zjadł….Aniu, weź przykład z Lidki – ona jest zawsze taka pilna w przeciwieństwie do Ciebie….A na końcu życia rodziców – walka o spadek, materialne dobra rodziców i satysfakcja, że udało się zdobyć więcej…

       Rodzice często, zupełnie nieświadomie i z dobrymi intencjami sprawiają, że jedno dziecko nastawia się wrogo do drugiego. Głęboko w sercu rodzi się konkurencja, zawiść, chęć dorównania a zarazem pokonania brata czy siostry. Bardzo często najmłodsze rodzeństwo jest traktowane zupełnie inaczej niż starsze od którego dużo więcej się wymaga. Starsze dzieci bardzo często mają pretensje do młodszych, że byli lepiej traktowani, na więcej im pozwalano, więcej dostali. Młodsze broni się, że przecież to nie jego wina, ale zadra i wzajemne pretensje pozostają…

      Na szczęście jest wiele sytuacji, w których dorosłe rodzeństwo potrafi usiąść, obiektywnie ocenić sposoby wychowania przez rodziców, zrozumieć, że nie wszystko było idealnie, ale starać się to pokonać budując swoją relację w dojrzały sposób. Warto pamiętać, że nie ma nic piękniejszego, niż brat, który staje się bliskim wujkiem dla naszego syna i siostra, która uwielbia naszą córeczkę. Cudownie móc zadzwonić w każdej chwili i wypłakać się do słuchawki wiedząc, że można drugiej osobie zaufać. Jeżeli tym kimś jest brat lub siostra – jest to wspaniała nagroda od losu. Nie zawsze przychodzi w prezencie, nie zawsze z automatu- warto jednak nad tymi relacjami bardzo pracować. Wybaczyć krzywdy, zapomnieć zranienia, zaprosić na obiad, na urodziny. Zapytać, co tak naprawdę słychać, popatrzeć w oczy i pamiętać, że tak silna więź jaka jest pomiędzy rodzeństwem nie powinna być zaniedbana, ponieważ stracimy bardzo ważny element naszego życia. Najwspanialszą miłość rodzeństwa możemy obserwować bardzo często u bliźniaków, które są ze sobą związane w niepowtarzalny sposób. Tęsknią bardzo mocno, czują ból lub niepokój, kiedy drugiemu dzieje się krzywda. To połączenie jest obserwowane przez dziesięciolecia także przez naukowców, ponieważ pokazuje, jak wspólna mama łączy dwie dusze i dwa ciała. Jeżeli jesteśmy rodzicami – warto zwrócić uwagę, czy nieświadomie nie porównujemy dzieci, nie wzbudzamy w nich wzajemnej konkurencji, czy budujemy ich wzajemny szacunek do siebie i solidarność. Czy nie traktujemy lepiej  “ulubieńca”, ponieważ bardziej nas słucha lub bliżej nam z nim do zrozumienia? Dzieci nie są naszą własnością i akceptacja ich ” inności”, nawet jeżeli trudna – jest konieczna i zaczyna się zawsze od rodziców. Jeżeli damy naszym dzieciom szansę w zbudowaniu silnej więzi – podarujemy im wspaniały prezent na całe życie. Warto w takiej sytuacji wyzbyć się egoizmu i własnych sympatii, a popatrzeć na dzieci, jak na ludzi, którzy są całkowicie niepowtarzalni. Zaciekawić się, zainteresować szczerze jakim człowiekiem jest moje każde dziecko? I te różnice z miłością zaakceptować. To my mamy szansę już w dzieciństwie pomóc dzieciom w stworzeniu najwspanialszego teamu, jakim w życiu jest wspierające się rodzeństwo. 

       Jeżeli mamy wspaniałe relacje z rodzeństwem – czujmy się szczęściarzami i dbajmy o nie każdego dnia. Jeżeli są one w słabej kondycji – spróbujmy je odbudować, wybaczając rodzicom i sobie nawzajem błędy przeszłości. Kochać się i szanować – nie tylko w romantycznych związkach, ale właśnie z rodzeństwem – to jeden z największych skarbów relacji pomiędzy ludźmi.

Agnieszka Zydroń

Agnieszka Zydroń

Psychologia w biznesie ( Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie)
Kulturoznawca, rosjoznawca ( Uniwersytet Jagielloński w Krakowie)
Licencjonowany pośrednik ( S2/2/P/2016 ) obrotu nieruchomościami
Polskiej Federacji Rynku Nieruchomości ( CEPI )
Certyfikat ukończenia Certyfikowanego Szkolenia Change Management In
Progress ( Psychologia procesu zmiany)
Praktyk w branży obrotu nieruchomościami ekologicznymi
oraz wymiany handlowej z Rosją
Autorka 3 książek oraz dziesiątek artykułów do prasy kobiecej oraz
biznesowej
Częsty gość programów telewizyjnych i radiowych

Bywa cudowny i bywa potworem. Jestem sama sobie winna? Jak kobieta dojrzewa do przerwania przemocy w związku.

Bywa cudowny i Bywa potworem. Czy jestem sama sobie winna? Jak kobieta dojrzewa do przerwania przemocy w związku.

Temat tak ciężki, że zastanawiające jest, czy warto go poruszać na  portalu, który ma podawać treści ciekawe, ale raczej lżejsze. Nie można jednak go ominąć, ponieważ choć w czterech ścianach – temat ten jest nadal żywy w domach, które przecież tak często wyglądają idealnie. Nowoczesne mieszkania, duże wille, firmy, samochody, dobre ubrania, dzieci w prywatnych szkołach, zagraniczne wakacje.  Wszystko jak z obrazka. I tylko czasami widzimy, jak kobieta  nienaturalnie chudnie lub tyje maskując makijażem podkrążone  oczy…bardziej nas jednak interesuje, ile kosztowała droga sukienka, niż  co u niej słychać, tak naprawdę…

 Bo jeżeli w domu jest alkohol, awantury – często oceniamy, że to patologia i po tej klasyfikacji tematu nie  drążymy. Ale jeżeli dom jest dostatni, wykształcony i pozornie kulturalny – nawet, gdyby coś działo się w środku mocno nie tak –  uważamy, że materialny dobrobyt wynagradza drobne trudności…Bo przecież nigdzie nie może być idealnie. A jeżeli kobieta wychodzi na zewnątrz i zaczyna mówić po latach, że cierpi – najczęściej słyszy : przecież on był taki dobry, daj spokój… znudziło Ci się, bo gdyby było tak źle to przecież nie wytrzymałabyś i dawno odeszła… Niestety. Z każdym rokiem z takiego związku odejść jest trudniej. Większe współuzależnienie, mocniej utrwalone schematy, coraz mniej zdecydowania i siły w kobiecie, której lata poniżania zniszczyły prawdziwe poczucie własnej wartości…Gdyby to było takie proste – nie byłoby tyle cierpienia w czterech ścianach. Każda z kobiet po prostu by odeszła, bo żadna zdrowa istota nie chce być poniżana, zastraszana, a tym bardziej krzywdzona fizycznie.

Nie będziemy tutaj pisać o osobowościach narcystycznych, psychopatycznych, przemocowych, zaburzonych ani o kręgu i sinusoidzie przemocy. To można przeczytać w każdym artykule mówiącym o tym temacie. Chcemy tutaj pokazać, że wyjść ze związku z osobą stosującą przemoc jest bardzo trudno. Gdyby mężczyzna spotkał kobietę, na drugiej randce uderzył ją w twarz, powiedział, że jest nikim i ma chorą matkę – każda odeszłaby bez odwrócenia głowy. Osobowości jednak stosujące przemoc potrafią być fantastycznymi osobami, najwrażliwszymi, najbardziej troskliwymi i takimi jawią się najczęściej na początku, kiedy mają cel do zdobycia. Często są to osoby bardzo inteligentne i świetnie wyczuwające u innych emocje. Demonstracja siły i kontroli zaczyna się niewinnie dużo później, kiedy partnerka jest już zaangażowana, w sidłach uczucia i łączy ją z mężczyzną wiele wspólnego. Obrażanie, nagły brak kontaktu z niewiadomych przyczyn – w każdej empatycznej partnerce wzbudza pytania, chęć poznania przyczyn, szukanie dialogu. Bo tak ma zdrowy człowiek. Pyta, zastanawia się, rozmawia. Niestety, najczęściej okazuje się, że racjonalnej przyczyny nie ma. Bez przyczyny jednak odrzucana kobieta marzy, aby wrócił jej ukochany i znów ją przytulił, był obecny. Robi więc wszystko, aby wpłynąć na dziwną, niezrozumiałą i trudną dla niej sytuację. Kiedy pyta – w końcu dostaje jakąś wyszukaną odpowiedź.

Okazuje się, że jednak zawiniła. Nie uszanowała męża, bo przecież tyle razy jej mówił, że ma inaczej ścielić łóżko, a ona znów złośliwie zapomniała. Jest winna, w końcu się wyjaśniło. Kilka dni milczenia, obrażania, brak kontaktu, urwanie codziennych rytuałów. Nie przez zwykłe zapomnienie o sposobie układania rano pościeli, ale przez brak szacunku, poniżenie partnera. I wszystko dobrze, jeżeli kobieta może powiedzieć : oszalałeś, odchodzę. Wziąć walizkę i wyjść z wspólnego życia. Gorzej, jeżeli ma już wspólne dzieci, wspólne zobowiązania, brak zabezpieczenia finansowego. Gdzie pójdzie ? Oczywiście, zawsze można zaryzykować. Stanąć z walizką w drzwiach rodziny i poprosić o pomoc. To jednak nie jest tak proste w dorosłym życiu. Więc żona analizuje – przeproszę za tą pościel, wrócimy do normalności, odetchnę. Może faktycznie go nie szanuję, bo mogłam pamiętać…? I przeprasza męża….on z łaską, powoli, ale łaskawie wybacza…Sytuacja wraca do cudownej normalności i względnego poczucia bezpieczeństwa. Do następnego razu…Bo schemat zaczyna się tworzyć…Jest pretekst, jest przemocowa reakcja, jest obwinianie i kara, jest przeproszenie przez osobę, która tak naprawdę nie zawiniła…I kolejne preteksty są coraz częstsze. Źle ułożone naczynia, nie włączony pochłaniacz w kuchni, źle zaparkowany samochód, za późne zejście do auta, kiedy gdzieś się wyjeżdża…Lista jest niekończąca się, a problem narasta. Przecież Ty mnie znów nie szanujesz, nie mam na Ciebie siły. Mam Cię dosyć, robisz wszystko na złość. Zmusiłaś mnie do takiej reakcji…I poczucie winy w ofierze staje się codziennością…Czy zamknęłam drzwi, czy odpisałam na czas, czy będzie zły, czy mnie ukara….Osoba przemocowa rośnie w siłę, a ofiara zaczyna tracić rozsądek na rzecz strachu i nerwicy… Tego jeszcze nie widać, bo przecież to tylko pościel, naczynia, auto…zwykła, drobna codzienność.

Pewnego dnia, zupełnie przypadkiem piękny kubek z szafki ląduje z hukiem na podłodze. Przerażona kobieta nie wierzy – ale przecież to nie było uderzenie w nią, tylko nagły wybuch złości, bo nie można już z nią naprawdę wytrzymać. Demonstracja siły, ale nie bezpośredni atak. Pokazanie, co potrafię i czym grozi, jak się zdenerwuje…i na końcu komunikat : przez Ciebie muszę się tak zachowywać, bo nie da się z Tobą wytrzymać. To Ty jesteś winna, że taki jestem…

Zachowania przemocowe to nie tylko siniaki i uderzenia fizyczne…osoby, które są zdolne do przemocy – często używają jej w każdy możliwy sposób…liczy się cel, zdobycie kontroli, przewagi nad partnerem. Nic nie umiesz, jesteś chora psychicznie, nie radzisz sobie z niczym, zobacz na inne kobiety, jesteś gruba i brzydka, beze mnie nie miałabyś co do garnka włożyć, wszystko masz dzięki mnie, jesteś taka głupia, że aż przykro…Słowa, które powoli zabijają.

Później następuje cały arsenał gier. Obrażanie, milczenie, zostawianie wszystkich obowiązków kobiecie, niezauważanie jej przez kilka tygodni, ignorowanie potrzeb dzieci, brak zupełnego zainteresowania, pokazywanie, że inne kobiety są mądrzejsze i atrakcyjniejsze, wytykanie każdego błędu, wyzwiska o różnym kalibrze, zostawianie po sobie wszystkiego do sprzątania, brak zainteresowania rachunkami, płatnościami, odpowiedzialnością, brak bliskości – wszystko razem lub pojedynczo…a na końcu pierwsze szarpnięcia, zabieranie kluczy, przedmiotów ofiary, szybka jazda autem, żeby przestraszyć, zastraszanie psychiczne…budowanie napięcia i powrót do bycia uroczym partnerem…huśtawka i emocjonalny rollercoaster. Można to wytrzymać ? Można. Ukrywać, znosić, wytrzymywać. Wszystko jednak ma swoje granice i kres. Kiedyś się przelewa. Bo brak szacunku, niszczenie i celowe krzywdzenie nie może zostać bez oddźwięku. Są kobiety, które popadły w depresje i oddały swoje życie chorobie, aby uciec…Są kobiety, które jeszcze walczą, bo zaczynają sobie uświadamiać, w czym żyją…Są kobiety, które wyszły i mówią : Boże, zaczynam się odbudowywać. Są kobiety, które dla dobrego wizerunku udają do końca życia płacząc po nocach w poduszkę i uciekając w zakupoholizm, alkohol, marazm…

Uderzył Cię a Ty nie odeszłaś…? Sama jesteś sobie winna…też tak kiedyś myślałam – pisze na forum Ania. Też pogardzałam każdą, która daje się niszczyć facetowi. Też byłam wyzwolona i silna..I nawet nie wiem, kiedy obudziłam się w sytuacji, którą uważałam kiedyś nie do przyjęcia…

Jedno jest pewne. Związki oparte na takich schematach są uzależniające. Mają momenty tragedii i momenty piękna. Gdyby nie te drugie – nikt by nie wytrzymał. To swoisty taniec na wiecznej krawędzi. Oprawca jeżeli raz przekroczy i zdobędzie granicę – nie chce się wycofać bez walki. Idzie dalej. Coraz dalej. Ofiara uodparnia się na siłę ataków, aby nie oszaleć – więc trzeba wzmacniać przekaz. Coraz mocniej. Stąd eskalacja przemocy, coraz mocniejsze ataki, przemoc fizyczna oprócz psychicznej. Często słyszymy, że ofiary bronią swoich mężów, którzy je krzywdzili. Dla osób znających temat – to zrozumiałe. Ofiara chce pamiętać chwile piękna, nie chce ich stracić. Kosztem dla niej jest zniesienie dramatów, aby poczuć chwile odwilży. Tak w swój nieporadny sposób walczy o rodzinę, stabilizację, coś – co zna.

I oczywiste jest dla specjalistów, że mamy do czynienia z brakiem poczucia własnej wartości, że to deficyt uczucia, powtarzanie wzorców z dzieciństwa, że aby był kat – musi być ofaira…Ale to niczego nie zmienia. Osoby żyjące w przemocy muszą wiedzieć, że mają wsparcie, że obok ktoś zawsze wie i czeka. Że można zadzwonić i poprosić : przyjedź, pomóż – i ktoś zaraz będzie. Taka kobieta jeżeli zaczyna sobie uświadamiać, w jakim schemacie żyje – zaczyna dojrzewać. Oprawca jest spokojny, a ona zaczyna coraz więcej widzieć…na to potrzeba czasu, to proces. Szczególnie, jeżeli są dzieci, wspólny majątek, lata życia. Trzeba dojrzeć, aby zawalczyć o siebie, żeby zamknąć stare i otworzyć nowe drzwi.

Za przemocą u oprawcy najczęściej kryje się potrzeba kontroli, dominacji, chorobliwa zazdrość, rozdmuchane ego, kompleksy w środku i totalna zaborczość. Toksyczna miłość. Próba zawładnięcia drugim człowiekiem za wszelką cenę. Nie ma znaczenia, czy dom jest biedny czy bogaty. Różnica jest tylko w tym, czy świadkiem bólu jest 50 czy 500 m2. Uczucia są takie same. Strach taki sam, próba łatania związku – bardzo podobna. W tak zwanych dobrych domach, gdzie ludzie są wykształceni, majętni – arsenał działań często jeszcze bardziej zadziwia. Sposoby kontroli są bardziej wyrafinowane, mniej proste i czytelne, ale tak samo lub nawet bardziej bolesne. Trafne, celowane, inteligentne i psychopatyczne. Istnieją kobiety, które wyszły z willi z ubraniami w jednym worku na śmieci i dzieckiem pod pachą. Bez niczego. Z dobrobytu na ulicę. Bo dojrzały, bo powiedziały : już czas. I tak dojrzeć musi każda ofiara przemocy. Nikt na siłę nie wyciągnie dorosłej osoby ze związku. Ale ona musi wiedzieć, że jak wyjdzie z workiem na ulicę – ma wsparcie, ma bliskich, ma zrozumienie, ma pomoc. Musi czuć, że siostra nie powie jej : trzeba było się postarać, bo widocznie coś robiłaś nie tak. Czy Ty na pewno mówisz prawdę..?

 Wsparcie, pomoc i obecność, ale także przestrzeń, aby dojrzeć do odejścia na swoich warunkach. 

Nie. Żaden normalny człowiek nie lubi być zastraszany. Żaden nie lubi być poniżany i krzywdzony. Nie. Nie jest to jego wina. To schemat psychologiczny, w który wchodzimy najczęściej bez doświadczenia życiowego. Ze szczerej miłości i otwartości. Z wiary w drugiego człowieka. Za to nie kara się ludzi. Za to powinno otrzymać się to samo – miłość, troskę, opiekę. Świat jednak nie jest tak zbudowany i wiele młodych dziewczyn budzi się w wieku średnim z poczuciem, że są nikim, bo tak im jest wmawiane każdego dnia. Wyjście z tego to wejście
na szczyt. I każda z kobiet, która wyszła z takiego związku – zasługuje na medal. A taka, która dopiero dojrzewa i walczy – zasługuje na totalne wsparcie i wiarę, że odbuduje siły. Szacunek jest ważniejszy niż miłość. Bo miłość bez szacunku – po prostu nie istnieje

Agnieszka Zydroń

Agnieszka Zydroń

Psychologia w biznesie ( Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie)
Kulturoznawca, rosjoznawca ( Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie)
Licencjonowany pośrednik ( S2/2/P/2016 ) obrotu nieruchomościami
Polskiej Federacji Rynku Nieruchomości ( CEPI )
Certyfikat ukończenia Certyfikowanego Szkolenia Change Management In
Progress ( Psychologia procesu zmiany)
Praktyk w branży obrotu nieruchomościami oraz wymiany handlowej z Rosją
Autorka 3 książek oraz dziesiątek artykułów do prasy kobiecej oraz
biznesowej
Częsty gość programów telewizyjnych i radiowych

Czy warto pracować mając małe dzieci? Złota niezależność czy totalne zmęczenie?

Czy warto pracować mając małe dzieci? Złota niezależność czy totalne zmęczenie?

Joasia po prostu płakała w nocy w poduszkę. Nie tak to miało wyglądać. Miał być upragniony dzidziuś, mąż, który jest jej wdzięczny za tak ogromny trud jak ciąża i poród, a jest samotność, kolki i płacz synka od 19 godziny, samotne noce ze snem na jawie podczas czuwania.

Czy to jest to macierzyństwo, które pokazują fit mamy na instagramie? Czy jestem wybrakowana – pytała siebie młoda mama w myślach? Bolące piersi, problem z laktacją, brak chęci na zwykłe czynności jak umycie włosów, nie mówiąc o makijażu i innych atrybutach kobiecości. Mąż, który coraz dłużej zostaje w pracy, bo przecież z odpowiedzialności za rodzinę musi na to wszystko zarabiać coraz więcej. Wszystko kosztuje, a potrzeb każdego dnia przybywa. Sytuacja patowa. Marzenie, które przytłoczyło oboje. Pierwsze miesiące były bardzo trudne, ale jednak okraszone ekscytacją i ogromnymi emocjami. Kolejne stały się rutynowym zmęczeniem na granicy wytrzymałości i zapytaniem o sens wszystkiego. Marzenie, że po urodzeniu dziecka Joasia wróci do kancelarii adwokackiej na etat wydawały się kosmicznym nieporozumieniem. Jak to wszystko pogodzić i czy w ogóle jest sens?

W ostatnich latach z ekranów telewizorów, komputerów bardzo często atakują nas obrazy szczęśliwych młodych mam, przygotowujących fit koktajle z dzidziusiami w markowych ubrankach. Słodkie, sielankowe wizje i obrazy, które zamiast nas podnosić na duchu sprawiają, że czujemy się z niewiadomych względów gorsze, słabsze i mało atrakcyjne. Bo jak można być tak niezaradnym, żeby nie mieć siły ogarnąć o świcie nieumytych włosów, pomalować rzęs i mieć czystej podłogi po dwóch godzinach snu? Chcę, ale nie daje rady…ile z nas przeżyło po urodzeniu dziecka nie tylko kryzys, ale nawet ukrywaną depresję poporodową? W naszym kraju większość kobiet niestety pokazuje tylko różowe strony macierzyństwa a każda kobieta, która odważy się na pokazanie prawdy – zaczyna czuć się wyrodną matką i wybrakowaną kobietą.

Jak to jest z macierzyństwem, do którego dochodzi pragnienie spełniania się zawodowego kobiety? Ciężko mówić o niezależności, kiedy sam fakt posiadania dziecka jest już zależnością najwyższego stopnia. Odpowiedzialność, opieka przez całą dobę przez pierwsze miesiące i lata, choroby, wczesna edukacja. Jak w tym wszystkim szukać siebie i czy jest w ogóle sens podejmować taki wysiłek? Skoro nie mamy siły na podstawowe czynności, jak szukać w sobie motywacji do aktywności zawodowej?

Wczesne macierzyństwo najczęściej wyklucza inne działania ze względu na ogromne zaabsorbowanie maleństwem, ale także zdrowiem i siłami mamy. I jest to czas, który na pewno warto poświęcić na dochodzenie do siebie, poznanie się z dzidziusiem, zorganizowanie życia w pewnym stopniu na nowo. Związek dwojga ludzi także musi w zdrowy sposób przeżyć transformację, ponieważ pierwsze dziecko zmienia wszystko. Z pary zakochanych stajemy się prawdziwą rodziną. Złapanie rytmu, nauka wspólnej codzienności nie jest łatwym zadaniem i wymaga sporego wysiłku. Czas jednak szybko leci i jeżeli kobieta czuje, że nie chce być całkowicie i totalnie zależna od mężczyzny finansowo – warto żeby nie zapominała nawet o drobnej, ale jednak aktywności zawodowej. Nie chodzi o duże zarobki i wielką karierę, ale o poczucie, że ma odskocznię, coś, co daje jej chwilę zmiany perspektywy. Jest to także okazja do działania na innym polu niż tylko macierzyństwo. Nie chodzi o to, aby umniejszać jego wartość, która jest nie do przecenienia, ale aby dbać o pewną równowagę psychiczną. Dodatkowe zajęcie, nawet jeżeli nie jest związane z profitami finansowymi – bardzo pomaga. Wiele kobiet, które wróciły na kilka godzin do pracy po kilkuletniej opiece nad dziećmi mówi, że przybyło im obowiązków, ale w pracy w jakimś stopniu psychicznie odpoczywają. Zmieniają tematy, mają poczucie działania na innym polu, mogą porozmawiać z ludźmi na tematy niezwiązane z pieluchami, zabawkami i chorobami dziecięcymi. Daje im to dystans, pozwala wrócić do dzieci z większym zapałem i z większą satysfakcją pokonywać trudy dnia codziennego. Aktywność, która nie jest obarczona presją wielkich zarobków i odpowiedzialności jest dla kobiety wspaniałym polem do działania.

Kobiety, które powoli wchodzą w aktywność zawodową po urodzeniu dzieci, bez presji czasu i stresu, ale jednak pamiętając, że jest to ważna przestrzeń ich życia – potrafią czerpać z tego ogromną satysfakcję. Wiele z nas mówi jednak, że niestety bywają bardzo zmęczone, dźwigają na barkach cały dom oraz dodatkowo pracę zawodową. Wszystko zależy od tego, czy kobieta ma wsparcie męża, partnera, otoczenia, rodziny i jak kształtuje się jej sytuacja w kontekście związku oraz bliskich osób wokół. Jeżeli idąc do pracy może ona zostawić dziecko pod opieką kochających dziadków – na pewno poziom jej stresu związany z rozłąką będzie dużo niższy. Jeżeli małżonek wspiera ją w obowiązkach domowych podczas gdy ona ma ważne spotkanie w firmie – na pewno będzie miała dużo wyższy poziom spokoju i bezpieczeństwa. Powiedzenie, że do wychowania dziecka przydaje się cała wioska jest w tym wypadku mocno prawdziwe i ułatwia kobiecie spokojną egzystencję.

Sytuacja kształtuje się inaczej, jeżeli kobieta zostaje sama z dzieckiem, rozwodzi się, ma bardzo trudny czas w życiu i brak wsparcia finansowego oraz psychicznego od partnera i rodziny. W takiej sytuacji bardzo często niezależność finansowa jest podyktowana przymusem, stresem i dużą presją. Łącząc to z macierzyństwem kobiety odczuwają duże zmęczenie oraz często odpowiedzialność ponad ich siły. Warto pochylić się tutaj nad kluczowym tematem, czyli odpowiedzialnym rodzicem. Jeżeli ojciec dziecka nie zapewnia mamie spokojnej, bezpiecznej przestrzeni do realizowania się w macierzyństwie oraz ewentualnej szansy na budowanie niezależności bez presji – kobiecie jest bardzo ciężko. Samo macierzyństwo jest wielkim wysiłkiem dla organizmu oraz psychiki, a wzięcie na siebie dodatkowego ciężaru utrzymania rodziny nie jest naturalną sytuacją dla kobiety, która właśnie została młodą matką. Wiele z nas z przymusu świetnie sobie radzi w takiej sytuacji, niemniej większość przyznaje, że płacą za to stresem, nieprzespanymi nocami i uporczywym zamartwianiem się o przyszłość swoją i dzieci.

Jak to jest więc z tą niezależnością? Sama w sobie jest słowem kojarzącym się z wolnością wyboru, poczuciem bezpieczeństwa i przyjmowania możliwości od życia. Większość z nas nie chce prosić partnera o każdy grosz tłumacząc po co nam kolejna para rajstop. I oczywiście w pierwszych latach, kiedy kobiety zajmują się dzieckiem i domem, najczęściej do takich sytuacji nie dochodzi. Każdy zna swoją rolę, docenia wysiłek. Niestety przykłady wielu kobiet pokazują, że kiedy nadchodzą kryzysy w związku, nagle każdy grosz staje się kartą przetargową. Niejednokrotnie kobieta orientuje się, że w razie konfliktu – jest całkowicie zależna od drugiego człowieka i nie ma szans na samodzielne podejmowanie wolnych decyzji lub nawet posiadanie częściowej decyzyjności. Wiele kobiet mówi po latach, iż był to ich największy błąd w życiu, ponieważ najpierw była to bardzo wygodna sytuacja. Nie musiały martwić się o pieniądze, płacenie rachunków, wszystko miały zapewnione. Ich koleżanki często szarpały się ze zmęczeniem, godzeniem kilku ról w życiu, zaś one miały spokój i poczucie bezpieczeństwa. Jak to jednak w życiu bywa – są dwie strony medalu i wczesny spokój z czasem jest opłacony totalną zależnością. Należy zwrócić tutaj uwagę, że nie jest niczym złym ustalenie, że kobieta pracuje przy dzieciach w domu, a mężczyzna zarabia środki na utrzymanie. Chodzi o to, aby jasno ustalić zasady współpracy w związku. Podkreślić, że kobieta pracując w domu zasługuje na wypłatę, własne środki, które są do jej dyspozycji bez konieczności tłumaczenia się z ich przeznaczania. Doświadczenie pokazuje jednak, że warto kiedy dzieci podrosną – wyjść do świata, do ludzi, rozwijać się w tym, co nas interesuje i może być także źródłem dochodu. Daje nam to poczucie, że nie poświęciłyśmy wszystkiego dla jednej roli w życiu, a łączyłyśmy je mądrze bez szkody dla siebie i rodziny. Podrastające dzieci potrzebują coraz bardziej kontaktu z rówieśnikami, otoczeniem, co daje mamie możliwość wchodzenia także w inne aktywności poza macierzyństwem.

Oczywiście, najważniejsze jest ustalenie priorytetów na każdy etap życia. Kiedy mamy malutkie dzieci – praca na zewnątrz może być tylko drobnym dodatkiem i odskocznią. Z czasem proporcje mogą się zmieniać w miarę zmniejszania się potrzeb dzieci w kwestii zaangażowania czasowego mamy. Nie zmienia to faktu, że nigdy nie powinno się zapominać o najważniejszym fakcie. Żaden człowiek nie powinien pozostawać w totalnej zależności drugiego człowieka. Jesteśmy wolni tylko w momencie, kiedy przebywamy z kimś z wyboru, chęci, a nie z przymusu. Żadna relacja, miłość, związek nie przetrwa kajdan zmuszania oraz tak silnej zależności. Nawet jeżeli bardzo kochamy męża, pamiętajmy, że uczucie karmi się także podziwem, rozmową, szacunkiem. Trochę przestrzeni w związku, powietrze i poczucie wolności sprawia, że partnerzy bardziej się starają po latach, bardziej szanują, mają o czym rozmawiać. Trudniej wejść w schemat rutyny, braku szacunku, ponieważ każdy się rozwija, przebywa wśród ludzi i zna wartość swojej pracy, wkładu we wspólne życie. Trudniej powiedzieć jednej stronie : ja na to wszystko zarabiam, zaniedbałaś się, siedzisz tylko w domu.

Temat niezależności kobiet, które mają dzieci i rodziny jest bardzo szeroki. Warto jednak pamiętać, że mądra niezależność to połączenie dobra rodziny, związku i osobistego spełnienia każdego z partnerów. Kobiety bardzo często oddają tą część na rzecz związku i rodziny wielokrotnie po latach bardzo żałując. Oczywiście są związki, w których świetnie to funkcjonuje i sprawdza się wręcz idealnie, niemniej historie tysięcy kobiet pokazują, że warto pochylić się nad tym tematem wcześniej niż poźniej. Niezależność każdego człowieka to wolność, a dojrzałe związki nie boją się braku zależności. Totalne uzależnienie, także finansowe – kontroluje i zabiera powietrze każdemu człowiekowi. Zależna kobieta czuje, że nie ma wyjścia, nie może odejść jako wolny człowiek czując się skrzywdzona, a musi znosić niejednokrotnie zachowania i sytuacje, które zabijają ją i których nie akceptuje. Brak jednak niezależności finansowej sprawia, że nie jest zdolna podjąć żadnej konstruktywnej decyzji, która pozwoliłaby jej i dzieciom spokojnie zadbać o godne i bezpieczne życie. Odpowiadając na pytanie zadane w tytule – tak, zawsze warto być niezależnych człowiekiem. Nie bojącym się chwilowego etapu zależności na niektórych polach, ale dbającym o swoją wolność. Kiedy kobieta całkowicie odda się drugiemu człowiekowi musi wiedzieć, jakie są tego naturalne konsekwencje. W momencie, kiedy będzie chciała podjąć autonomiczną decyzję, inną niż decyzja partnera – może być to niemożliwe. Warto kochać, zaufać, oddać dużo z siebie, ale z zachowaniem godności. Wielu mężczyzn w ankietach mówi jasno, że pociągają ich kobiety niezależne. Nie walczące, agresywne, odrzucające empatię i rodzinę. Niezależne oznacza dbające o swoją godność, możliwość podejmowania własnych decyzji. Mężczyzna, który czuje całkowitą kontrolę nad kobietą nie mogącą zarządzać swoim życiem w jakikolwiek sposób – z czasem, nawet nieświadomie traci do niej szacunek. Zachowanie swojego zdania, swojej godności, nawet małego budżetu – daje wolność. 

    Mając małe dzieci warto zrozumieć, że to etap przejściowy. Dobrze cieszyć się tym czasem i pozwolić sobie na przebywanie głównie z dzieckiem. Natychmiastowa gonitwa za powrotem do pracy w momencie połogu nie wydaje się dobrym pomysłem ani dla zdrowia, ani dla satysfakcji zawodowej. Warto przeżyć ten czas w harmonii i uczeniu się nowego rytmu. Warto jednak porozmawiać z partnerem, że zależy nam na ustalonym budżecie, do którego nie ma on dostępu i którym zarządzamy całkowicie same. Daje to kobiecie namiastkę niezależności. Wraz z podrastaniem dziecka warto jednak zadbać o swoją cząstkę życia zawodowego, aby ze spokojem czuć, że w razie trudności – możemy podjąć każdą dobrą dla nas, a przede wszystkim wolną decyzję. 

Agnieszka Zydroń

Agnieszka Zydroń

Psychologia w biznesie ( Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie)
Kulturoznawca, rosjoznawca ( Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie)
Licencjonowany pośrednik ( S2/2/P/2016 ) obrotu nieruchomościami
Polskiej Federacji Rynku Nieruchomości ( CEPI )
Certyfikat ukończenia Certyfikowanego Szkolenia Change Management In
Progress ( Psychologia procesu zmiany)
Praktyk w branży obrotu nieruchomościami oraz wymiany handlowej z Rosją
Autorka 3 książek oraz dziesiątek artykułów do prasy kobiecej oraz
biznesowej
Częsty gość programów telewizyjnych i radiowych