Święta, święta i…. karnawał!

Święta, święta i…. karnawał!

Wszędzie dookoła ozdoby świąteczne, wizerunek Świętego Mikołaja i prezenty, prezenty, prezenty….


Ostatnio jednak zauważam, że zamiast prawdziwej radości odczuwamy lęk i jesteśmy zestresowani, przytłacza nas ogrom obowiązków codziennych, a tu jeszcze trzeba zorganizować święta i to w wyjątkowych, pandemicznych warunkach.


Przypomnijmy sobie jednak, że święta są piękne, że milo jest spotkać rodzinę (nawet jeśli w tym roku to mniejsze grono), że niespodzianka pod choinką zawsze cieszy, że dzieci uwielbiają tę atmosferę, że piernik I makowiec są pyszne i że tak naprawdę  zawsze za tym wszystkim tęsknimy…

Dlatego poczujmy tę radość, weźmy głęboki oddech i do dzieła! Trzeba wszystko zorganizować z dobrą energią! Starajmy się robić wszystko myśląc pozytywnie – potrawy zawsze będą smaczniejsze, prezenty  przygotowujmy z myślą o obdarowywanych osobach, żeby to obdarowani byli uszczęśliwieni. Zdarza się niestety, że kupujemy gadżety, które nam sprawiają przyjemność, a nie  obdarowanym. Na przykład kupujemy córeczce mądrą książkę, a ona pragnie 20-tej lalki  Barbie  – tym razem w stroju Śnieżynki. Synek zaś marzy o klockach Lego a dostaje gruby ,”gryzący”, praktyczny sweter…..


Jeżeli w rodzinie nikt nie lubi karpia, to zróbmy pstrąga i też będzie pysznie i tradycyjnie!
Bo w święta chodzi przede wszystkim o spotkanie, o piękne relacje, o to żeby sprawić komuś radość  – ma to wynikać z serca, a nie z poczucia obowiązku. Jak wszyscy będą szczęśliwi  – to święta będą udane.


Paradoksalnie myśląc o sobie i swoich “radościach” będzie nam łatwiej zadowolić bliskich, bo zadowolenie z samego siebie przekłada się właśnie na pozytywna energię, która wszystkim się udzieli.
Bo jakim cudem zapracowana, zestresowana gospodyni domowa, która jest matką, żoną, synową, kucharką, kelnerką, Świętym Mikołajem i sprzątaczką – ma być uduchowiona i spokojna w tej świątecznej histerii.


Ja od lat stosuje własną, wypracowana i już sprawdzona metodę, którą się z Wami podzielę.


Otóż właśnie zaczynam od siebie…Od 1-go grudnia systematycznie zaczynam wyciągać z szafy wszystkie czerwone, ciemno zielone, złote stroje i ozdoby, dużo jest też u mnie szkockiej, klasycznej kraty, która jednoznacznie kojarzy się ze świętami. Jeżeli bardzo tęsknie za śniegiem, to wybieram też opcje “cała na biało” i wystrój wnętrza wtedy również jest biały z dodatkiem złota. Na Mikołajki, czyli 6.12, piekę piernik już w otoczeniu świątecznej atmosfery, tzn. w czerwonej sukience, fartuszku w Mikołajki (sama uszyłam dawno temu), w zabawnych bamboszach w choinki (prezent od Mamy), słuchając świątecznej muzyki w wykonaniu Boney M. (energetyzuje i wprawia mnie w wesoły nastrój). Makijaż jest obowiązkowy, często z brokatem, bo w święta trzeba błyszczeć. W trakcie rośnięcia ciasta i rozgrzewania piekarnika – wstępnie ozdabiam mieszkanie. Jemiołę wieszam dopiero w Wigilię, a choinkę stroję kiedy czas pozwala. Uwielbiam swoje świąteczne dekoracje i jest to tez dla mnie forma relaksu. Piernik musi swoje odleżeć, (najlepiej 3 tygodnie), dlatego będzie idealny dopiero w święta. Właściwie cały grudzień ubieram się już w zabawne swetry z jelonkami i śnieżynkami, spódnice lub spodnie w kratę są do tego idealne. Nawet jak ktoś uważa to za kicz – no to co? – przynajmniej jest zabawnie,  a dla mnie  to olbrzymia frajda i jak wiadomo radość i pozytywna energia się udzielają! W tym właśnie nastroju kompletuje wigilijny strój – to ważne gdyż w samą Wigilię mam już „gotowca” i komponowanie kreacji już mnie nie rozprasza. Zawsze staram się żeby było ślicznie ale też wygodnie. Ważne jest także, by w ten wieczór mieć coś zupełnie nowego – na szczęście – może to być bluzka, spódnica, sukienka, buty, polecam balerinki np. złote lub srebrne, śmiało zastępują czółenka no i można swobodnie krzątać się wokół rodzinki. Stare kapcie są zakazane!!! Warto przygotować cała rodzinę w tej samej konwencji stylizacyjnej -brzmi poważnie ale potem gdy oglądamy pamiątkowe zdjęcia, okazuje się, że było warto! Dzieci też muszą mieć świadomość wyjątkowej okazji i nawet jeśli krawat lub muszka są czymś nowym, to wdrażanie tradycji od najmłodszych lat jest okazaniem szacunku uczestniczącym w kolacji domownikom. Panowie obowiązkowo zakładają białe koszule i eleganckie buty! Nawet w warunkach domowych! Swetry „z reniferem” także są mile widziane. Bo gdy wszyscy wyglądają jest jak z romantycznego świątecznego filmu, to ta atmosfera się nam tez udzieli i będzie pięknie!

W tym dniu nie chodzi tylko o jedzenie ale przede wszystkim o spotkania, a „wisienką na torcie” jest zawsze wizyta Gwiazdora, w tym roku pewnie podrzuci prezenty potajemnie… Fajnym pomysłem jest wspólne śpiewanie kolęd, można wydrukować wcześniej teksty i wyśpiewać przynajmniej po dwie zwrotki! Ja już się nie mogę doczekać, a Wy?

Święta, święta i… Sylwester, nawet jeśli spędzony w zaciszu domowym lub pod gołym niebem, to także wyjątkowy dzień i należy się do tej okazji odpowiednio przygotować, okazać szacunek towarzyszom i sobie, bo to ważny etap przejścia w nową, lepsza rzeczywistość. Zostawmy smutki i stresy w starym roku i z radością cieszmy się teraźniejszością i bliską przyszłością .”Będzie jak będzie”, ale jak zorganizujemy się w Sylwestra i pierwszego stycznia, taki będzie cały rok – tak mówi przysłowie. Zastanówmy się czego pragniemy w nadchodzącym roku, kto jest dla nas ważny i dla kogo warto coś zmienić, a zawsze warto przeprosić, wybaczyć, podziękować i kochać!

Wszystko oczywiście nabiera mocy i wyjątkowości, gdy się ładnie ubierzemy, podmalujemy i uczeszemy. Zawsze sylwestrowo polecam dużo połysku i brokatu. Możemy poeksperymentować, sztuczne rzęsy kuszą, a cekinowe sukienki aż się proszą o założenie! Panowie także się musza przygotować, gdy po domu będzie krążyć cekinowo-brokatowa Śnieżynka!

U mnie w Rodzinie jest tradycja, że 1 stycznia ofiarowuje się COŚ nowego na Nowy Rok – to może być drobiazg, ale zawsze cieszy, więc pomyślmy o tym wcześniej! PS. Mili Panowie, pamiętajcie, że Wasze żony, kobiety, dziewczyny, siostry, córki uwielbiają piękne, niepraktyczne prezenty, które od razu można na siebie założyć! (Patelnie, odkurzacze i roboty kuchenne są surowo zabronione!!!) Może to być biżuteria, eleganckie dessous, wystrzałowa sukienka, albo setna para pantofelków etc. Prezent ten powinien być pięknie opakowany i stanowić prawdziwą niespodziankę, a roziskrzone, zachwycone oczy obdarowanej to prawdziwa nagroda dla dżentelmena. Więc do dzieła Panowie! Wszystkie Panie liczą na swoich Dżentelmenów!

Wiganna Papina

Wiganna Papina

Stylistka, wizażystka, kostiumograf. Od wielu lat dba o wizerunek polskich gwiazd.
Mgr Geografii na Uniwersytecie Gdańskim. Absolwentka 2 letniej Szkoły Kosmetycznej w Warszawie. Autorka kostiumów do 10 edycji programu Taniec z Gwiazdami TVN, seriali telewizyjnych m.in. „Niania Frania” TVN, Teatrów Telewizji TVP oraz sztukTeatralnych m.in. „Tango” Sławomira Mrożka dla Opery Kameralnej w Warszawie. Twórca cykli modowych w porannych programach śniadaniowych „Dzień Dobry TVN” i „Pytanie na Śniadanie”.

Bo umiera świat na brak miłości….patrzyłam jak idzie, niczym bezradne dziecko…słabiutki – ufający jednak, że mu pomogą…tak odszedł na zawsze w naszym szpitalu…

Bo umiera świat na brak miłości….patrzyłam jak idzie, niczym bezradne dziecko…słabiutki - ufający jednak, że mu pomogą…tak odszedł na zawsze w naszym szpitalu…

Moja babcia była piękną kobietą, zawsze w perłach. Została wdową po mężu, który nie wrócił z wojny. Kochała go ogromnie i nie przyjęła żadnych oświadczyn od innych mężczyzn przez wszystkie lata. Nie było jej łatwo, ale wychowała dzieci na wspaniałych ludzi. Jak trzeba – sprzątała, gotowała dla ludzi, ale zawsze z godnością i honorem. Mama mówiła, że babcia bywała oschła, zasadnicza, bo życie jej nie oszczędzało – opowiada Iwonka, której babcia umarła niedawno w samotności w szpitalnej sali. Podobno zawsze mówiła, że najważniejsze jest dane drugiemu człowiekowi słowo i uczciwość. Tak żyła. Czy tak umarła ? Nikt nie mógł być z nią w szpitalu z powodu pandemii. Tyle przeszła, tyle wycierpiała, a odchodziła w najgorszej sytuacji – bez przytulenia, bez czyjegoś wzroku, bez dłoni na swoim czole. Z samotnym, przerażonym wzrokiem. Nie ma nic trudniejszego, niż śmierć w samotności, wśród obcych, wśród twarzy zakrytych kombinezonami. Przez dziesięciolecia tracąc kogoś bliskiego – mogliśmy przynajmniej się pożegnać, ostatni raz spojrzeć na siebie lub przynajmniej mieć świadomość, że byliśmy w ostatnich sekundach, aby naszej mamie, tacie, siostrze – łatwiej było przejść z tego świata w inny wymiar. Człowiek umierając – zawsze jest sam i nic tego nie zmieni. Obecność jednak bliskich, trzymanie za ręce, załatwienie ostatnich spraw, wyjaśnienie, wybaczenie, przeproszenie, podziękowanie – jest tym, co pozwala w spokoju przeżyć ten trudny moment. Jeżeli ktoś po prostu znika – nie mamy szans zamknąć rozdziału, jakim była nasza relacja. Pozostaje wyrwa, pustka, której nie sposób całkowicie zapełnić nawet z czasem.

Ciężko sobie wyobrazić 80 letnią kobietę, która całe życie starała się żyć dla innych, nie chorowała i nagle musi zostać odstawiona w recepcji szpitala – odwrócić się ostatni raz, popatrzeć na córkę, syna, wnuka i już nigdy ich nie zobaczyć. Pójść do obcych, przebrać się w bezosobowe ubranie, położyć, poddać kroplówkom, zabiegom, których nie zna, nie rozumie, nie umie konstruktywnie o nic zapytać. Ma wzrok jak dziecko – ufając, że ktoś o nią zadba z uczciwością i etyką. Czy tak jednak jest zawsze ? Historie z ostatnich miesięcy pokazują, że tak wielu ludzi odeszło w totalnym przerażeniu, w pustej sali, nie mając kontaktu z najbliższymi. Takiej sytuacji nie sposób było sobie wyobrazić jeszcze rok wcześniej. Miłość, troska – były zawsze solą tej ziemi. To one dawały siłę do życia i do spokojnego umierania. Pozwalały pogodzić się z tym, co nieuniknione. Bo miłość przecież nie umiera, a żyje w naszych sercach zawsze. Jeżeli odchodzi nasza mama, tata, ukochana siostra, brat, córeczka lub synek – chcemy być z nim całym sobą, w jakimś stopniu część nas także z nim umiera, aby pozostała część mogła pozostać i żyć dalej. Przytulamy, płaczemy, czujemy, jak pęka nam serce. Ale jesteśmy. Nie uciekamy, aby nie widzieć, nie przeżywać, nie wesprzeć swoją obecnością. Nikt z nas nie chciałby odchodzić sam, na obcym łóżku i wiedzieć, że zaraz wywiozą nas w worku bez wzroku i obecności kogokolwiek bliskiego.

Rozmowy z ostatnich tygodni z osobami, które doświadczyły tego dramatu – są porażające. Moja mama mogła żyć, a wszystko stało się tak szybko. Widziałam ją ostatni raz w szpitalnych drzwiach. Miała wrócić za kilka dni po zabiegu. Coś poszło nie tak – nie było z nią nikogo z nas. Powiedziano nam, że pogrzeb musi być symboliczny. Nie wiedziałam, jak pomóc tacie, bratu i jak to wszystko unieść. Mamusiu, gdzie jesteś – łkałam w nocy i nie wierzyłam, że właśnie odeszła i nigdy już mnie nie przytuli. Świat pokazał nam najokrutniejszą twarz. Potraktował moją mamę jak numerek, przedmiot – zabrał i zutylizował. Po prostu. Była dla nas wszystkim. Mam 17 lat. Planowała moje 18 te urodziny i mówiła, że wtedy pojedziemy gdzieś bez taty i brata- tylko we dwie na noc do SPA. Chciała, żebym stawała się mądrą kobietą. Uczyła mnie pomocy słabszym. Zawsze powtarzała, że najważniejsza jest obecność. Byłam z nią kilka razy jako wolontariusz w hospicjum. Trzymała ludzi za rękę i mówiła, że to jest najważniejsze…A sama ? Odeszła młodo, beze mnie, bez taty, bez brata…nie wiem, czy kiedykolwiek wybaczę światu, że tak nas potraktował. Wiem, że była świadoma, jak odchodziła, że poprosiła, żeby nam przekazać, że nas kocha i będzie patrzyła z góry i że ogromnie tęskni….

Czy mam żal do lekarzy, do ludzi ? Nie mam, choć to, jak wielu z nich bezdusznie podchodzi do drugiego człowieka jest dla mnie szokiem – mówi Marlena, której tata zmarł niedawno w samotności. Z drugiej strony jest mnóstwo wspaniałych lekarzy, którzy oddają swoje serce i codzienność, aby w morzu potrzeb zrobić wszystko, co można. Gdyby zaczęli płakać po każdym umarłym na oddziale – nie miałby kto pomagać. Troskę, obecność przy chorych zawsze przejmowała rodzina, a lekarz mógł leczyć. Teraz sytuacja stała się porażająca. Lekarz musi leczyć, a nie przytulać, ludzie umierają przerażeni a rodzina stojąc pod oknem ze łzami w oczach ma nadzieje, że pielęgniarka będzie miała serce i choć dobrym wzrokiem uspokoi samotną śmierć.

Patrzyłam, jak mój tata ledwo idzie na biopsję prostaty – słaby, sam na korytarzu – tam, gdzie mu kazali wejść. Z małą reklamówką, z kilkoma osobistymi rzeczami. Tyle zostało po człowieku, który wychował czworo dzieci, pomagał przy wnukach, wspierał innych ? Tyle mu świat oddał ? Pani w recepcji powiedziała bardzo zimno, gdzie ma iść, a mi kazała po prostu sobie pójść. Nie mogłam nic zrobić. Patrzyłam jak idzie, niczym bezradne dziecko…słabiutki – ufający jednak, że mu pomogą…tak odszedł. Na zawsze…nie zapomnę go nigdy, jak szedł samotny w głąb tego długiego korytarza…

Takich wyznań i dramatów ludzkich mamy obecnie bardzo dużo. Po cichu, w samotności – odchodzą nasi najbliżsi. Takie odejście to ogromna trauma. Czy bardzo cierpiał, czy bał się okrutnie, czy mu pomogli, czy ktoś był dla niego życzliwy, czy go bolało, czy płakał, czy wierzył, że jeszcze nas przytuli….

Starość. Często sama, zapomniana. W obecnych czasach jej twarz przybrała inny obraz. Jeżeli pójdziesz – możesz już nigdy do nas nie wrócić. To koniec. Luksusem jawi się śmierć wśród bliskich, z ręką w czyjejś dłoni…luksusem jawi się pogrzeb, na który mogą przyjść ostatni raz bliscy i dalsi nam ludzie…pożegnać się, powspominać, zapłakać.

Luksusem staje się bliskość drugiego człowieka, miłość i obecność – po prostu.

Czy mamy wpływ na to, co rozgrywa się obecnie w szpitalnych salach ? Mamy. Pomimo trudności, pomimo zagrożeń. Zawsze mamy szansę być ludźmi. Zawsze mamy szansę powiedzieć jedno dobre słowo dla spłakanej rodziny „ Nie cierpiała, byliśmy przy niej do końca, odeszła spokojna „. Zawsze mamy szansę powiedzieć „ Rozumiem Was”. Podczas wojen, podczas epidemii, podczas zmian w historii – mieliśmy szansę poznać prawdziwe oblicze drugiego człowieka. Czy pomagał, czy wręcz przeciwnie – wychodził z niego potwór… Tak wiele przykładów, gdzie ludzie, którzy byli na co dzień oschli i pozornie obojętni – okazywali się wielkimi bohaterami codzienności. Tyle sytuacji, gdzie ludzie, którzy opowiadali o wielkich ideach – obojętnie patrzyli na cierpienie innych w momencie próby.

Teraz jest sprawdzian dla nas wszystkich. Z naszego człowieczeństwa. Starsi ludzie byli tak niedawno młodymi dziewczynami i chłopakami. Mieli pierwsze miłości, pucate policzki, sukienki w grochy. Kochali życie. Rodzili , wychowywali nas – i dla nas znosili okrutne momenty w historii – aby zapewnić nam życie i dach nad głową. Tak mało myśleli o sobie, o konsumpcji dla siebie, bo czasy były inne, szare, nasączone lękiem. To naszą rolą jest uszanować ich życie, aby nasze dzieci – uszanowały nasze. Nikt z nas nie jest idealny i każdemu z naszych dziadków, babć, rodziców – można coś zarzucić. Każdy z nas jednak nie jest w życiu bez grzechu, bez wad, bez błędnych decyzji, które mogły skrzywdzić nasze dzieci i bliskich. To jest moment w historii, aby wybaczyć, aby popatrzeć w oczy – póki można – i podziękować. Za wszystko. Kiedy jesteśmy lekarzami, pielęgniarkami – mamy dodatkową misję w tym ciężkim czasie. Pozostać człowiekiem. Pamiętać, że na sali nie umiera samotnie bezimienna kobieta lub mężczyzna, ale czyjaś mamusia, tatuś, córeczka lub synek – przytulał się, śmiał i pragnął tak jak my – po prostu żyć. To my mamy teraz jedyną szansę, aby odeszli w godności i poczuciu, że ludziom mimo wszystko – można ufać.

Jesteśmy w momencie sprawdzianu z człowieczeństwa i cudownie, jeżeli postaramy się go zdać jako jeden z ważniejszych w życiu.

Agnieszka Zydroń

Agnieszka Zydroń

Psychologia w biznesie ( Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie)
Kulturoznawca, rosjoznawca ( Uniwersytet Jagielloński w Krakowie)
Licencjonowany pośrednik ( S2/2/P/2016 ) obrotu nieruchomościami
Polskiej Federacji Rynku Nieruchomości ( CEPI )
Certyfikat ukończenia Certyfikowanego Szkolenia Change Management In
Progress ( Psychologia procesu zmiany)
Praktyk w branży obrotu nieruchomościami ekologicznymi
oraz wymiany handlowej z Rosją
Autorka 3 książek oraz dziesiątek artykułów do prasy kobiecej oraz
biznesowej
Częsty gość programów telewizyjnych i radiowych

Mąż odszedł zostawiając mnie w największym bólu…dzisiaj jestem inną kobietą.

Mąż odszedł zostawiając mnie w największym bólu…dzisiaj jestem inną kobietą.

Mój synek miał 3 latka. Adasia kochałam ponad wszystko. To było upragnione i wyczekane dziecko. Pragnęłam go przez kilka lat, kiedy nie mogłam zajść w ciążę. Mój mąż, Tomek, pracował w korporacji podobnie jak ja, ale zawsze deklarował, że pragnie mieć dziecko i pełną rodzinę. Kiedy urodziłam, wszystko wydawało się naszym rajem. Adaś był zdrowym dzieckiem, choć potrzebował dużo uwagi. Martwiłam się, kiedy miał kolki i bóle brzuszka. Był naszym skarbem. Tomek go przewijał, kąpał i wybierał ze mną wózek. To wszystko było naszą codziennością. Po kilku miesiącach zaczęłam coraz gorzej się czuć. Dziecko po 30 tym roku życia to zawsze większe wyzwanie dla organizmu. Nieprzespane noce dawały mi się we znaki coraz bardziej. Rano nie mogłam wstać, wieczorem czuwałam przy płaczącym dziecku. Tomek zaczął wracać coraz później do domu, ponieważ szef zarzucał go nowymi projektami.

Nie rozumiałam, dlaczego ma tyle dodatkowej pracy akturat w momencie, kiedy mamy małe dziecko a ja potrzebuje jego wsparcia jak powietrza. Faktycznie – kiedy przychodził o 19 wieczorem – stawałam się trudna. Chciałam się wygadać, powiedzieć, jak jest mi ciężko przez cały dzień samej, jak brakuje mi ludzi, jak zaczynam umierać. Wszystko to przecież było do zniesienia, chodziło tylko o wsparcie, jego energię, siłę. To dałoby mi zastrzyk do działania na wiele dni. Tymczasem Tomek też wracał coraz bardziej rozdrażniony. Jadł zdawkową kolację i siadał przed telewizorem. Miałam wrażenie, że płacz małego go irytuje a moja obecność i próba rozmowy doprowadza do szału. Milczał, a następnie zaczął mi wypominać, że tylko narzekam. W jakiejś części było to prawdą, ale przecież wczesne macierzyństwo, właściwie samotne przez cały dzień nie było tylko kolorowym obrazkiem. Owszem, zaczęłam nawiązywać nowe znajomości na spacerach, rozmawiałam z innymi matkami, niemniej tęskniłam do dawnego świata. Adaś rósł i jakoś wszystko szło swoim rytmem. Szczepienia, pierwsze katary, rytm dnia i nocy regulowany przez karmienia, przewijania i pierwsze uśmiechy. Czy nie było radości? Oczywiście, że była. Mnóstwo pięknych chwil. Gaworzenia, pierwsze ząbki, cudowny kontakt i poznawanie własnego dziecka. Kochałam synka ogromnie. Męża także, ale jakaś rana samotności coraz bardziej zagnieżdżała się w moim sercu.

Pewnego wieczoru Tomek po powrocie do domu rzucił na kanapę nową, sportową torbę i zestaw ubrań do treningów. Oznajmił, że dwa razy w tygodniu po pracy wychodzi na siłownię ze znajomymi z pracy. Coś mnie zakuło boleśnie, ponieważ tak bardzo mi go brakowało, tak bardzo tęskniłam a nagle okazuje się, że te okrojone wieczory, które mamy dla siebie – znikają na jego żądanie. Może powinnam była milczeć. Przecież każdy mężczyzna potrzebuje oderwania od codzienności. Kobieta co prawda też, ale w jaki sposób to zrobić, kiedy padam ze zmęczenia na twarz i nie mogę wygospodarować czasu na zwykłe czynności. Nie chciałam znów się awanturować, bo miałam wrażenie, że Tomek natychmiast to wykorzystuje, znika albo zamyka się w swoim osobnym życiu. Bardzo chciałam być jego częścią. Nagle zostałam ja i Adaś a z drugiej strony mój mąż z oddzielnym światem.

Takie życie trwało trzy kolejne, długie lata. Milczenie, próby rozmowy, moje narzekania na pustkę, samotność, nieobecność Tomka…z drugiej strony informacja, że nie doceniam jego pracy, krytykuje, marudzę i nie chce się do nas wracać do domu…ból i pytanie : co się stało? I nagle tak żenująco tandetna sytuacja, jaką opisują tanie romanse. Przez chwilę nieprzypilnowany telefon, kiedy Tomek poszedł do łazienki. Dźwięk sms, moje popatrzenie na ekran i natychmiastowy atak Tomka, który niespodziewanie pojawił się za moimi plecami. Zabrał natychmiast telefon sprzed moich oczu i z pretensją zarzucił mi, że nie może mieć we własnym domu odrobiny prywatności. Nie wiedziałam, co powiedzieć. Tęskniłam za nim jak szalona. Wolałam nie dopuścić myśli, że to, co się dzieje – racjonalnie wskazuje na inną osobę. Nie, w naszym życiu to się nie zdarza. U innych tak – nie u nas. Zawsze sobie ufaliśmy, tak dużo kiedyś rozmawialiśmy, mieliśmy udany seks…lata temu, ale jednak…

Co zrobiłam z raną i niepewnością w sercu? Zamiotłam pod dywan. Nie chciałam tego wiedzieć. Wolałam łudzić się, że wszystko wróci do normy, bo czego oczy nie widzą, to sercu nie żal. On wychodził i wracał prawie nocami, ja grałam żonę z dzieckiem w zadbanym domu. Budziłam się nad ranem i patrzyłam w sufit…mój krajobraz samotności…on spał z drugiej strony łóżka. Zadbany, coraz bardziej wyćwiczony na siłowni…Powinnam być z niego dumna – wmawiałam sobie. Tak wielka naiwność, a zarazem tak potrzebna zasłona dymna dla kobiet w mojej sytuacji. My nie chcemy, żeby ostatecznie okazało się, że musimy zareagować, skończyć coś definitywnie. Czasami chcemy wierzyć, że to niemożliwe, że nasza bajka trwa.

Życie jednak nie znosi próżni, a nasze wspólne życie – taką się stało. Pewnego dnia Tomek wrócił do domu i położył dokumenty na stole. Powiedział, że zabiera swoje rzeczy, nie chce mnie ranić. Poprosił, żeby przeczytała i zapewnił, że chce się porozumieć bez konfliktu. Usiadłam i patrzyłam w okno. Pusta, oniemiała. Zapytałam, czy kogoś ma. Odparł, że jestem chorobliwie zazdrosna i że nie mam żadnych dowodów, więc żebym uważała na słowa…Nie oskarżyłam. Zapytałam. Skąd ta wrogość, oskarżenia? Siedziałam czując się jak posąg, czyli – nie czując nic…po prostu przepaść…

Wieczorem przeczytałam dokumenty, a właściwie historię obcej pary, której nie znałam…Dowiedziałam się, że Tomek przez wiele lat czuł się zaniedbywany, pozostawiony bez kobiecej troski, że skupiłam się tylko na dziecku, że czuł się samotny, odrzucony i walczył ile dał radę…nie wierzyłam. Czy można tak inaczej widzieć jedno życie? Czy ten obraz był wymyślony, czy faktycznie nasze głowy i serca tak inaczej czuły wszystko, co się działo. Nie rozmawialiśmy, bo Tomek nie miał na to po pracy siły… później nie miał czasu…Jak się czułam? Zaczęłam czuć się winna, bo może faktycznie stałam się tylko matką…nie czułam tego, ale może on tak czuł…Podczas rozwodu dużo wzięłam na siebie. Liczyłam, że może kiedyś się jeszcze uda, że Tomek zatęskni, zrozumie, że mi wybaczy te zaniedbania…byłam taka zmęczona…Sąd orzekł nasz rozwód bez orzeczenia o winie…staliśmy się wolnymi ludźmi, a jednocześnie ja żyłam tylko tym, że on do nas wróci, skoro nie było przecież dramatycznego powodu rozstania…

Miesiąc po rozwodzie, kiedy siedziałam w dresie na kanapie po uśpieniu synka i rozmyślałam nad życiem usłyszałam dźwięk telefonu…Przyjaciółka przywitała się z dużym współczuciem i powiedziała, że Tomkowi na pewno nie wyjdzie związek z tą kobietą… Patrzyłam w sufit i nie wierzyłam…

Tomek na długo przed rozwodem był już w kolejnym związku…nie wiedziałam o tym i czułam się taka winna…

Nie znamy drugiego człowieka…nawet tego, którego uważamy czasami za najbliższego… znamy tylko siebie i pamiętajmy, że samorozwój i świadomość, że tak wiele zależy od innych czynników a nie od nas – jest naszą najlepszą nauką. Czy mogłam zawalczyć? Mogłam…Czy mogłam być bardziej troskliwą żoną…? Na pewno mogłam…Czy jestem winna…? Współwinna, jak większość z nas w związkach. Dzisiaj wiem, że ten ból wiele mnie nauczył i że był potrzebny.

Od odejścia męża zaczęłam drogę samorozwoju i dojrzewania jako kobiety. Już nie jestem zależna od tego, co zrobi drugi człowiek. Na jego wybory nie mam wpływu. Odpowiadam za siebie i na tym obecnie w życiu się skupiam. W szczęśliwym, dojrzałym, akceptującym – nie zawsze idealnym życiu.

Ból odchodzi, pamięć i nauka zostaje. Życzę kobietom, aby z takich sytuacji wychodziły mądrzejsze i silniejsze. Bo to jest nasza największa siła.

Agnieszka Zydroń

Agnieszka Zydroń

Psychologia w biznesie ( Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie)
Kulturoznawca, rosjoznawca ( Uniwersytet Jagielloński w Krakowie)
Licencjonowany pośrednik ( S2/2/P/2016 ) obrotu nieruchomościami
Polskiej Federacji Rynku Nieruchomości ( CEPI )
Certyfikat ukończenia Certyfikowanego Szkolenia Change Management In
Progress ( Psychologia procesu zmiany)
Praktyk w branży obrotu nieruchomościami ekologicznymi
oraz wymiany handlowej z Rosją
Autorka 3 książek oraz dziesiątek artykułów do prasy kobiecej oraz
biznesowej
Częsty gość programów telewizyjnych i radiowych

Siostra i brat. Przyjaciele czy konkurenci?

Siostra i brat. Przyjaciele czy konkurenci?

 

 Tak wiele osób, które nie mają rodzeństwa często przyznają, że to ich największe marzenie. Kiedy zabraknie rodziców – mamy z kim dzielić wspomnienia, na kogo liczyć, z kim przeżywać najważniejsze w życiu wydarzenia. Nikt nas przecież nie zrozumie tak dobrze, jak osoba z nami wychowana, dzieląca podobne wartości, mająca podobne wspomnienia. To łączy na całe życie. I rzeczywiście – jeżeli relacje w rodzinie są prawidłowe – rodzeństwo jest swoim największym sprzymierzeńcem. Kiedy nie układa nam się w związku, kiedy przeżywamy chorobę, trudności w pracy – zawsze można zadzwonić, pojechać, wyżalić się i poczuć jak w domu. Bo tego, co może nam powiedzieć bezkarnie brat czy siostra – nie pozwolimy wypowiedzieć nikomu innemu. Jak zawsze przesadzasz, ogarnij się i przestań popełniać te same błędy, jesteś taki sam jak wtedy, kiedy płakałeś mamie, że musisz zostać w przedszkolu….takie słowa ujdą na sucho bratu, ale na pewno nie koledze z sąsiedztwa.

     Dlaczego relacja rodzeństwa jest taka ważna? Jeżeli rodzice nie są wystarczająco troskliwi, jeżeli w domu są dysfunkcje – rodzeństwo wspólnie przeżywa trudności, rozczarowania, samotność, brak zapewnionych potrzeb. Ma siebie. Ma wsparcie. Ma z kim przejść przez ten bardzo trudny czas. Jeżeli rodzice dają dzieciom ciepły dom, opiekę i zapewniają potrzeby materialne i emocjonalne – dzieci są kompanami w zabawie, nauce, mają z kim się pośmiać, pokłócić, z kim spędzać wspólne wakacje. Zawsze przyjemniej chorować wspólnie, mieć z kim w łóżku popić kakao czekając, aż rodzice wrócą z pracy. Kiedy kolega na podwórku zabierze rower – cudownie pobiec po starszego brata i patrzeć, jak nasz dwukołowiec grzecznie wraca na swoje miejsce. Starsze rodzeństwo to kopalnia dumy, nowych znajomych, poczucie, że ktoś nas zawsze na tym świecie obroni i wesprze, bo przecież przeszedł już naszą drogę, a jest postępowy i młody, z naszego świata. Młodsze rodzeństwo – choć w życiu często odganiane i traktowane jako przeszkadzający balast – daje nam poczucie odpowiedzialności, troski, poczucia, że jesteśmy dla kogoś najmądrzejsi i stanowimy wzór, który zobowiązuje.

Na nasze relacje z bratem i siostrą wpływa nasz charakter, różnica wieku ale także to, jak rodzice nas wychowywali. Czy uczyli nas solidarności czy konkurencji? Czy często słyszeliśmy, że Kaśka była taka zdolna, a my jawiliśmy się im jako nieudacznicy…czy Marek jadł lepiej i lepiej wyglądał, bo przecież słuchał mamy bardziej niż my…Czy mieliśmy szansę stworzyć zespół, w którym byliśmy z rodzeństwem w jednym obozie? Wiele osób mówi, że mała różnica wieku to konflikty, ale też mnóstwo wspólnego. Zainteresowania, idole, gusty….Większa różnica wieku zaciera się w dorosłym życiu, ponieważ często takie dzieci wychowują się niczym dwoje jedynaków…Wszystko ma swoje plusy i minusy – jak to w życiu bywa.

Warto jednak skupić się na tym, czego dotyczy ten artykuł. Czy mając siostrę lub brata – faktycznie zawsze, z automatu – mamy przyjaciela i powiernika? Niestety, życie pokazuje, że nie jest to takie proste. Tak często jesteśmy sobie obcy, tak często nie rozmawiamy latami lub przez całe życie. Tak często czujemy, że rodzice byli lepsi dla naszej siostry i trudno nam to wybaczyć. Tak często czuliśmy, że naszą największą konkurencją jest siostra lub brat, którzy zawsze mieli lepsze oceny i potrafili uzyskać od rodziców to, czego tamci wymagali. Idąc w dorosłe życie – bardzo często powtarzamy wzorce z dzieciństwa i rozpamiętujemy dawne uczucia. 

            Dla mnie starszy o 10 lat brat jest całkowicie obcy. Kiedy się urodziłem – podobno był wściekły, że zabrałem mu uwagę mamy i chyba tak już zostało. Nie spędzaliśmy razem czasu, nie dawał mi wsparcia starszego brata, a wręcz zawsze czyhał, aż coś zrobię nie tak, żeby mnie wyśmiać lub naskarżyć rodzicom. Kiedy poszedł na studia i wyjechał do innego miasta – odetchnąłem z ulgą. Przestałem czuć, że ktoś cały czas ma do mnie jakąś ukrytą pretensję. Kiedy się ożeniłem – tata już nie żył i mama zaproponowała, żebyśmy mieszkali z żoną razem z nią – dom był bardzo duży i wymagał wiele pracy. Było to dla nas wygodne, bo mogliśmy skupić się na pracy zawodowej, a później mieliśmy pomoc przy synku. Brat przyjeżdżał i dzwonił bardzo rzadko, właściwie nie był mamą i domem zainteresowany. Kiedy ona chorowała i wymagała totalnej opieki – zamiast przyjechać i pomóc – dzwonił i miał pretensję, że nie staramy się załatwić jej lepszych lekarzy. Miałem go serdecznie dosyć. Nie było mowy o żadnej relacji, wsparciu, a jedynie pretensje, wieczne „coś”. Kiedy mama odeszła – dla nas bardzo dużo się zmieniło. Brakowało jej bardzo, byłem z nią mocno związany. Brat oznajmił, że należy podzielić dom. Po prostu. Nic innego go nie interesowało. Powiedziałem, że może mieszkać, wprowadzić się do nas, ale na sprzedaż się nie zgadzam. Skończyło się konfliktem i nie mamy teraz żadnego kontaktu. To nie jest żadna relacji, nie mówiąc o przyjaźni i zaufaniu.Dlaczego tak często rodzeństwo jest od siebie tak daleko? Każda relacja wymaga podlewania, dbania o nią, a przede wszystkim zbudowania jej na samym początku. W pierwszych latach życia największą rolę w budowaniu więzi pomiędzy rodzeństwem mają rodzice. To oni pokazują, jak ważna jest miłość siostry do brata, wzajemna troska, wspólna zabawa, solidarność. Do tego dochodzą charaktery dzieci – nie zawsze przecież ludzie po prostu sobie odpowiadają. Niezależnie jednak od sympatii – zawsze najważniejszy jest w życiu szacunek. I jeżeli tego zabraknie – rodzi się pogarda, wrogość, konkurencja i zazdrość. Już historia Kaina i Abla obrazuje, do jakich tragedii może doprowadzić zazdrość jednego brata o drugiego. Pomimo wieków, które nas dzielą – niewiele się zmieniło w ludzkiej psychice.

       Karolku, zobacz jak Jacuś ładnie zjadł….Aniu, weź przykład z Lidki – ona jest zawsze taka pilna w przeciwieństwie do Ciebie….A na końcu życia rodziców – walka o spadek, materialne dobra rodziców i satysfakcja, że udało się zdobyć więcej…

       Rodzice często, zupełnie nieświadomie i z dobrymi intencjami sprawiają, że jedno dziecko nastawia się wrogo do drugiego. Głęboko w sercu rodzi się konkurencja, zawiść, chęć dorównania a zarazem pokonania brata czy siostry. Bardzo często najmłodsze rodzeństwo jest traktowane zupełnie inaczej niż starsze od którego dużo więcej się wymaga. Starsze dzieci bardzo często mają pretensje do młodszych, że byli lepiej traktowani, na więcej im pozwalano, więcej dostali. Młodsze broni się, że przecież to nie jego wina, ale zadra i wzajemne pretensje pozostają…

      Na szczęście jest wiele sytuacji, w których dorosłe rodzeństwo potrafi usiąść, obiektywnie ocenić sposoby wychowania przez rodziców, zrozumieć, że nie wszystko było idealnie, ale starać się to pokonać budując swoją relację w dojrzały sposób. Warto pamiętać, że nie ma nic piękniejszego, niż brat, który staje się bliskim wujkiem dla naszego syna i siostra, która uwielbia naszą córeczkę. Cudownie móc zadzwonić w każdej chwili i wypłakać się do słuchawki wiedząc, że można drugiej osobie zaufać. Jeżeli tym kimś jest brat lub siostra – jest to wspaniała nagroda od losu. Nie zawsze przychodzi w prezencie, nie zawsze z automatu- warto jednak nad tymi relacjami bardzo pracować. Wybaczyć krzywdy, zapomnieć zranienia, zaprosić na obiad, na urodziny. Zapytać, co tak naprawdę słychać, popatrzeć w oczy i pamiętać, że tak silna więź jaka jest pomiędzy rodzeństwem nie powinna być zaniedbana, ponieważ stracimy bardzo ważny element naszego życia. Najwspanialszą miłość rodzeństwa możemy obserwować bardzo często u bliźniaków, które są ze sobą związane w niepowtarzalny sposób. Tęsknią bardzo mocno, czują ból lub niepokój, kiedy drugiemu dzieje się krzywda. To połączenie jest obserwowane przez dziesięciolecia także przez naukowców, ponieważ pokazuje, jak wspólna mama łączy dwie dusze i dwa ciała. Jeżeli jesteśmy rodzicami – warto zwrócić uwagę, czy nieświadomie nie porównujemy dzieci, nie wzbudzamy w nich wzajemnej konkurencji, czy budujemy ich wzajemny szacunek do siebie i solidarność. Czy nie traktujemy lepiej  “ulubieńca”, ponieważ bardziej nas słucha lub bliżej nam z nim do zrozumienia? Dzieci nie są naszą własnością i akceptacja ich ” inności”, nawet jeżeli trudna – jest konieczna i zaczyna się zawsze od rodziców. Jeżeli damy naszym dzieciom szansę w zbudowaniu silnej więzi – podarujemy im wspaniały prezent na całe życie. Warto w takiej sytuacji wyzbyć się egoizmu i własnych sympatii, a popatrzeć na dzieci, jak na ludzi, którzy są całkowicie niepowtarzalni. Zaciekawić się, zainteresować szczerze jakim człowiekiem jest moje każde dziecko? I te różnice z miłością zaakceptować. To my mamy szansę już w dzieciństwie pomóc dzieciom w stworzeniu najwspanialszego teamu, jakim w życiu jest wspierające się rodzeństwo. 

       Jeżeli mamy wspaniałe relacje z rodzeństwem – czujmy się szczęściarzami i dbajmy o nie każdego dnia. Jeżeli są one w słabej kondycji – spróbujmy je odbudować, wybaczając rodzicom i sobie nawzajem błędy przeszłości. Kochać się i szanować – nie tylko w romantycznych związkach, ale właśnie z rodzeństwem – to jeden z największych skarbów relacji pomiędzy ludźmi.

Agnieszka Zydroń

Agnieszka Zydroń

Psychologia w biznesie ( Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie)
Kulturoznawca, rosjoznawca ( Uniwersytet Jagielloński w Krakowie)
Licencjonowany pośrednik ( S2/2/P/2016 ) obrotu nieruchomościami
Polskiej Federacji Rynku Nieruchomości ( CEPI )
Certyfikat ukończenia Certyfikowanego Szkolenia Change Management In
Progress ( Psychologia procesu zmiany)
Praktyk w branży obrotu nieruchomościami ekologicznymi
oraz wymiany handlowej z Rosją
Autorka 3 książek oraz dziesiątek artykułów do prasy kobiecej oraz
biznesowej
Częsty gość programów telewizyjnych i radiowych

Bywa cudowny i bywa potworem. Jestem sama sobie winna? Jak kobieta dojrzewa do przerwania przemocy w związku.

Bywa cudowny i Bywa potworem. Czy jestem sama sobie winna? Jak kobieta dojrzewa do przerwania przemocy w związku.

Temat tak ciężki, że zastanawiające jest, czy warto go poruszać na  portalu, który ma podawać treści ciekawe, ale raczej lżejsze. Nie można jednak go ominąć, ponieważ choć w czterech ścianach – temat ten jest nadal żywy w domach, które przecież tak często wyglądają idealnie. Nowoczesne mieszkania, duże wille, firmy, samochody, dobre ubrania, dzieci w prywatnych szkołach, zagraniczne wakacje.  Wszystko jak z obrazka. I tylko czasami widzimy, jak kobieta  nienaturalnie chudnie lub tyje maskując makijażem podkrążone  oczy…bardziej nas jednak interesuje, ile kosztowała droga sukienka, niż  co u niej słychać, tak naprawdę…

 Bo jeżeli w domu jest alkohol, awantury – często oceniamy, że to patologia i po tej klasyfikacji tematu nie  drążymy. Ale jeżeli dom jest dostatni, wykształcony i pozornie kulturalny – nawet, gdyby coś działo się w środku mocno nie tak –  uważamy, że materialny dobrobyt wynagradza drobne trudności…Bo przecież nigdzie nie może być idealnie. A jeżeli kobieta wychodzi na zewnątrz i zaczyna mówić po latach, że cierpi – najczęściej słyszy : przecież on był taki dobry, daj spokój… znudziło Ci się, bo gdyby było tak źle to przecież nie wytrzymałabyś i dawno odeszła… Niestety. Z każdym rokiem z takiego związku odejść jest trudniej. Większe współuzależnienie, mocniej utrwalone schematy, coraz mniej zdecydowania i siły w kobiecie, której lata poniżania zniszczyły prawdziwe poczucie własnej wartości…Gdyby to było takie proste – nie byłoby tyle cierpienia w czterech ścianach. Każda z kobiet po prostu by odeszła, bo żadna zdrowa istota nie chce być poniżana, zastraszana, a tym bardziej krzywdzona fizycznie.

Nie będziemy tutaj pisać o osobowościach narcystycznych, psychopatycznych, przemocowych, zaburzonych ani o kręgu i sinusoidzie przemocy. To można przeczytać w każdym artykule mówiącym o tym temacie. Chcemy tutaj pokazać, że wyjść ze związku z osobą stosującą przemoc jest bardzo trudno. Gdyby mężczyzna spotkał kobietę, na drugiej randce uderzył ją w twarz, powiedział, że jest nikim i ma chorą matkę – każda odeszłaby bez odwrócenia głowy. Osobowości jednak stosujące przemoc potrafią być fantastycznymi osobami, najwrażliwszymi, najbardziej troskliwymi i takimi jawią się najczęściej na początku, kiedy mają cel do zdobycia. Często są to osoby bardzo inteligentne i świetnie wyczuwające u innych emocje. Demonstracja siły i kontroli zaczyna się niewinnie dużo później, kiedy partnerka jest już zaangażowana, w sidłach uczucia i łączy ją z mężczyzną wiele wspólnego. Obrażanie, nagły brak kontaktu z niewiadomych przyczyn – w każdej empatycznej partnerce wzbudza pytania, chęć poznania przyczyn, szukanie dialogu. Bo tak ma zdrowy człowiek. Pyta, zastanawia się, rozmawia. Niestety, najczęściej okazuje się, że racjonalnej przyczyny nie ma. Bez przyczyny jednak odrzucana kobieta marzy, aby wrócił jej ukochany i znów ją przytulił, był obecny. Robi więc wszystko, aby wpłynąć na dziwną, niezrozumiałą i trudną dla niej sytuację. Kiedy pyta – w końcu dostaje jakąś wyszukaną odpowiedź.

Okazuje się, że jednak zawiniła. Nie uszanowała męża, bo przecież tyle razy jej mówił, że ma inaczej ścielić łóżko, a ona znów złośliwie zapomniała. Jest winna, w końcu się wyjaśniło. Kilka dni milczenia, obrażania, brak kontaktu, urwanie codziennych rytuałów. Nie przez zwykłe zapomnienie o sposobie układania rano pościeli, ale przez brak szacunku, poniżenie partnera. I wszystko dobrze, jeżeli kobieta może powiedzieć : oszalałeś, odchodzę. Wziąć walizkę i wyjść z wspólnego życia. Gorzej, jeżeli ma już wspólne dzieci, wspólne zobowiązania, brak zabezpieczenia finansowego. Gdzie pójdzie ? Oczywiście, zawsze można zaryzykować. Stanąć z walizką w drzwiach rodziny i poprosić o pomoc. To jednak nie jest tak proste w dorosłym życiu. Więc żona analizuje – przeproszę za tą pościel, wrócimy do normalności, odetchnę. Może faktycznie go nie szanuję, bo mogłam pamiętać…? I przeprasza męża….on z łaską, powoli, ale łaskawie wybacza…Sytuacja wraca do cudownej normalności i względnego poczucia bezpieczeństwa. Do następnego razu…Bo schemat zaczyna się tworzyć…Jest pretekst, jest przemocowa reakcja, jest obwinianie i kara, jest przeproszenie przez osobę, która tak naprawdę nie zawiniła…I kolejne preteksty są coraz częstsze. Źle ułożone naczynia, nie włączony pochłaniacz w kuchni, źle zaparkowany samochód, za późne zejście do auta, kiedy gdzieś się wyjeżdża…Lista jest niekończąca się, a problem narasta. Przecież Ty mnie znów nie szanujesz, nie mam na Ciebie siły. Mam Cię dosyć, robisz wszystko na złość. Zmusiłaś mnie do takiej reakcji…I poczucie winy w ofierze staje się codziennością…Czy zamknęłam drzwi, czy odpisałam na czas, czy będzie zły, czy mnie ukara….Osoba przemocowa rośnie w siłę, a ofiara zaczyna tracić rozsądek na rzecz strachu i nerwicy… Tego jeszcze nie widać, bo przecież to tylko pościel, naczynia, auto…zwykła, drobna codzienność.

Pewnego dnia, zupełnie przypadkiem piękny kubek z szafki ląduje z hukiem na podłodze. Przerażona kobieta nie wierzy – ale przecież to nie było uderzenie w nią, tylko nagły wybuch złości, bo nie można już z nią naprawdę wytrzymać. Demonstracja siły, ale nie bezpośredni atak. Pokazanie, co potrafię i czym grozi, jak się zdenerwuje…i na końcu komunikat : przez Ciebie muszę się tak zachowywać, bo nie da się z Tobą wytrzymać. To Ty jesteś winna, że taki jestem…

Zachowania przemocowe to nie tylko siniaki i uderzenia fizyczne…osoby, które są zdolne do przemocy – często używają jej w każdy możliwy sposób…liczy się cel, zdobycie kontroli, przewagi nad partnerem. Nic nie umiesz, jesteś chora psychicznie, nie radzisz sobie z niczym, zobacz na inne kobiety, jesteś gruba i brzydka, beze mnie nie miałabyś co do garnka włożyć, wszystko masz dzięki mnie, jesteś taka głupia, że aż przykro…Słowa, które powoli zabijają.

Później następuje cały arsenał gier. Obrażanie, milczenie, zostawianie wszystkich obowiązków kobiecie, niezauważanie jej przez kilka tygodni, ignorowanie potrzeb dzieci, brak zupełnego zainteresowania, pokazywanie, że inne kobiety są mądrzejsze i atrakcyjniejsze, wytykanie każdego błędu, wyzwiska o różnym kalibrze, zostawianie po sobie wszystkiego do sprzątania, brak zainteresowania rachunkami, płatnościami, odpowiedzialnością, brak bliskości – wszystko razem lub pojedynczo…a na końcu pierwsze szarpnięcia, zabieranie kluczy, przedmiotów ofiary, szybka jazda autem, żeby przestraszyć, zastraszanie psychiczne…budowanie napięcia i powrót do bycia uroczym partnerem…huśtawka i emocjonalny rollercoaster. Można to wytrzymać ? Można. Ukrywać, znosić, wytrzymywać. Wszystko jednak ma swoje granice i kres. Kiedyś się przelewa. Bo brak szacunku, niszczenie i celowe krzywdzenie nie może zostać bez oddźwięku. Są kobiety, które popadły w depresje i oddały swoje życie chorobie, aby uciec…Są kobiety, które jeszcze walczą, bo zaczynają sobie uświadamiać, w czym żyją…Są kobiety, które wyszły i mówią : Boże, zaczynam się odbudowywać. Są kobiety, które dla dobrego wizerunku udają do końca życia płacząc po nocach w poduszkę i uciekając w zakupoholizm, alkohol, marazm…

Uderzył Cię a Ty nie odeszłaś…? Sama jesteś sobie winna…też tak kiedyś myślałam – pisze na forum Ania. Też pogardzałam każdą, która daje się niszczyć facetowi. Też byłam wyzwolona i silna..I nawet nie wiem, kiedy obudziłam się w sytuacji, którą uważałam kiedyś nie do przyjęcia…

Jedno jest pewne. Związki oparte na takich schematach są uzależniające. Mają momenty tragedii i momenty piękna. Gdyby nie te drugie – nikt by nie wytrzymał. To swoisty taniec na wiecznej krawędzi. Oprawca jeżeli raz przekroczy i zdobędzie granicę – nie chce się wycofać bez walki. Idzie dalej. Coraz dalej. Ofiara uodparnia się na siłę ataków, aby nie oszaleć – więc trzeba wzmacniać przekaz. Coraz mocniej. Stąd eskalacja przemocy, coraz mocniejsze ataki, przemoc fizyczna oprócz psychicznej. Często słyszymy, że ofiary bronią swoich mężów, którzy je krzywdzili. Dla osób znających temat – to zrozumiałe. Ofiara chce pamiętać chwile piękna, nie chce ich stracić. Kosztem dla niej jest zniesienie dramatów, aby poczuć chwile odwilży. Tak w swój nieporadny sposób walczy o rodzinę, stabilizację, coś – co zna.

I oczywiste jest dla specjalistów, że mamy do czynienia z brakiem poczucia własnej wartości, że to deficyt uczucia, powtarzanie wzorców z dzieciństwa, że aby był kat – musi być ofaira…Ale to niczego nie zmienia. Osoby żyjące w przemocy muszą wiedzieć, że mają wsparcie, że obok ktoś zawsze wie i czeka. Że można zadzwonić i poprosić : przyjedź, pomóż – i ktoś zaraz będzie. Taka kobieta jeżeli zaczyna sobie uświadamiać, w jakim schemacie żyje – zaczyna dojrzewać. Oprawca jest spokojny, a ona zaczyna coraz więcej widzieć…na to potrzeba czasu, to proces. Szczególnie, jeżeli są dzieci, wspólny majątek, lata życia. Trzeba dojrzeć, aby zawalczyć o siebie, żeby zamknąć stare i otworzyć nowe drzwi.

Za przemocą u oprawcy najczęściej kryje się potrzeba kontroli, dominacji, chorobliwa zazdrość, rozdmuchane ego, kompleksy w środku i totalna zaborczość. Toksyczna miłość. Próba zawładnięcia drugim człowiekiem za wszelką cenę. Nie ma znaczenia, czy dom jest biedny czy bogaty. Różnica jest tylko w tym, czy świadkiem bólu jest 50 czy 500 m2. Uczucia są takie same. Strach taki sam, próba łatania związku – bardzo podobna. W tak zwanych dobrych domach, gdzie ludzie są wykształceni, majętni – arsenał działań często jeszcze bardziej zadziwia. Sposoby kontroli są bardziej wyrafinowane, mniej proste i czytelne, ale tak samo lub nawet bardziej bolesne. Trafne, celowane, inteligentne i psychopatyczne. Istnieją kobiety, które wyszły z willi z ubraniami w jednym worku na śmieci i dzieckiem pod pachą. Bez niczego. Z dobrobytu na ulicę. Bo dojrzały, bo powiedziały : już czas. I tak dojrzeć musi każda ofiara przemocy. Nikt na siłę nie wyciągnie dorosłej osoby ze związku. Ale ona musi wiedzieć, że jak wyjdzie z workiem na ulicę – ma wsparcie, ma bliskich, ma zrozumienie, ma pomoc. Musi czuć, że siostra nie powie jej : trzeba było się postarać, bo widocznie coś robiłaś nie tak. Czy Ty na pewno mówisz prawdę..?

 Wsparcie, pomoc i obecność, ale także przestrzeń, aby dojrzeć do odejścia na swoich warunkach. 

Nie. Żaden normalny człowiek nie lubi być zastraszany. Żaden nie lubi być poniżany i krzywdzony. Nie. Nie jest to jego wina. To schemat psychologiczny, w który wchodzimy najczęściej bez doświadczenia życiowego. Ze szczerej miłości i otwartości. Z wiary w drugiego człowieka. Za to nie kara się ludzi. Za to powinno otrzymać się to samo – miłość, troskę, opiekę. Świat jednak nie jest tak zbudowany i wiele młodych dziewczyn budzi się w wieku średnim z poczuciem, że są nikim, bo tak im jest wmawiane każdego dnia. Wyjście z tego to wejście
na szczyt. I każda z kobiet, która wyszła z takiego związku – zasługuje na medal. A taka, która dopiero dojrzewa i walczy – zasługuje na totalne wsparcie i wiarę, że odbuduje siły. Szacunek jest ważniejszy niż miłość. Bo miłość bez szacunku – po prostu nie istnieje

Agnieszka Zydroń

Agnieszka Zydroń

Psychologia w biznesie ( Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie)
Kulturoznawca, rosjoznawca ( Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie)
Licencjonowany pośrednik ( S2/2/P/2016 ) obrotu nieruchomościami
Polskiej Federacji Rynku Nieruchomości ( CEPI )
Certyfikat ukończenia Certyfikowanego Szkolenia Change Management In
Progress ( Psychologia procesu zmiany)
Praktyk w branży obrotu nieruchomościami oraz wymiany handlowej z Rosją
Autorka 3 książek oraz dziesiątek artykułów do prasy kobiecej oraz
biznesowej
Częsty gość programów telewizyjnych i radiowych

Czy warto pracować mając małe dzieci? Złota niezależność czy totalne zmęczenie?

Czy warto pracować mając małe dzieci? Złota niezależność czy totalne zmęczenie?

Joasia po prostu płakała w nocy w poduszkę. Nie tak to miało wyglądać. Miał być upragniony dzidziuś, mąż, który jest jej wdzięczny za tak ogromny trud jak ciąża i poród, a jest samotność, kolki i płacz synka od 19 godziny, samotne noce ze snem na jawie podczas czuwania.

Czy to jest to macierzyństwo, które pokazują fit mamy na instagramie? Czy jestem wybrakowana – pytała siebie młoda mama w myślach? Bolące piersi, problem z laktacją, brak chęci na zwykłe czynności jak umycie włosów, nie mówiąc o makijażu i innych atrybutach kobiecości. Mąż, który coraz dłużej zostaje w pracy, bo przecież z odpowiedzialności za rodzinę musi na to wszystko zarabiać coraz więcej. Wszystko kosztuje, a potrzeb każdego dnia przybywa. Sytuacja patowa. Marzenie, które przytłoczyło oboje. Pierwsze miesiące były bardzo trudne, ale jednak okraszone ekscytacją i ogromnymi emocjami. Kolejne stały się rutynowym zmęczeniem na granicy wytrzymałości i zapytaniem o sens wszystkiego. Marzenie, że po urodzeniu dziecka Joasia wróci do kancelarii adwokackiej na etat wydawały się kosmicznym nieporozumieniem. Jak to wszystko pogodzić i czy w ogóle jest sens?

W ostatnich latach z ekranów telewizorów, komputerów bardzo często atakują nas obrazy szczęśliwych młodych mam, przygotowujących fit koktajle z dzidziusiami w markowych ubrankach. Słodkie, sielankowe wizje i obrazy, które zamiast nas podnosić na duchu sprawiają, że czujemy się z niewiadomych względów gorsze, słabsze i mało atrakcyjne. Bo jak można być tak niezaradnym, żeby nie mieć siły ogarnąć o świcie nieumytych włosów, pomalować rzęs i mieć czystej podłogi po dwóch godzinach snu? Chcę, ale nie daje rady…ile z nas przeżyło po urodzeniu dziecka nie tylko kryzys, ale nawet ukrywaną depresję poporodową? W naszym kraju większość kobiet niestety pokazuje tylko różowe strony macierzyństwa a każda kobieta, która odważy się na pokazanie prawdy – zaczyna czuć się wyrodną matką i wybrakowaną kobietą.

Jak to jest z macierzyństwem, do którego dochodzi pragnienie spełniania się zawodowego kobiety? Ciężko mówić o niezależności, kiedy sam fakt posiadania dziecka jest już zależnością najwyższego stopnia. Odpowiedzialność, opieka przez całą dobę przez pierwsze miesiące i lata, choroby, wczesna edukacja. Jak w tym wszystkim szukać siebie i czy jest w ogóle sens podejmować taki wysiłek? Skoro nie mamy siły na podstawowe czynności, jak szukać w sobie motywacji do aktywności zawodowej?

Wczesne macierzyństwo najczęściej wyklucza inne działania ze względu na ogromne zaabsorbowanie maleństwem, ale także zdrowiem i siłami mamy. I jest to czas, który na pewno warto poświęcić na dochodzenie do siebie, poznanie się z dzidziusiem, zorganizowanie życia w pewnym stopniu na nowo. Związek dwojga ludzi także musi w zdrowy sposób przeżyć transformację, ponieważ pierwsze dziecko zmienia wszystko. Z pary zakochanych stajemy się prawdziwą rodziną. Złapanie rytmu, nauka wspólnej codzienności nie jest łatwym zadaniem i wymaga sporego wysiłku. Czas jednak szybko leci i jeżeli kobieta czuje, że nie chce być całkowicie i totalnie zależna od mężczyzny finansowo – warto żeby nie zapominała nawet o drobnej, ale jednak aktywności zawodowej. Nie chodzi o duże zarobki i wielką karierę, ale o poczucie, że ma odskocznię, coś, co daje jej chwilę zmiany perspektywy. Jest to także okazja do działania na innym polu niż tylko macierzyństwo. Nie chodzi o to, aby umniejszać jego wartość, która jest nie do przecenienia, ale aby dbać o pewną równowagę psychiczną. Dodatkowe zajęcie, nawet jeżeli nie jest związane z profitami finansowymi – bardzo pomaga. Wiele kobiet, które wróciły na kilka godzin do pracy po kilkuletniej opiece nad dziećmi mówi, że przybyło im obowiązków, ale w pracy w jakimś stopniu psychicznie odpoczywają. Zmieniają tematy, mają poczucie działania na innym polu, mogą porozmawiać z ludźmi na tematy niezwiązane z pieluchami, zabawkami i chorobami dziecięcymi. Daje im to dystans, pozwala wrócić do dzieci z większym zapałem i z większą satysfakcją pokonywać trudy dnia codziennego. Aktywność, która nie jest obarczona presją wielkich zarobków i odpowiedzialności jest dla kobiety wspaniałym polem do działania.

Kobiety, które powoli wchodzą w aktywność zawodową po urodzeniu dzieci, bez presji czasu i stresu, ale jednak pamiętając, że jest to ważna przestrzeń ich życia – potrafią czerpać z tego ogromną satysfakcję. Wiele z nas mówi jednak, że niestety bywają bardzo zmęczone, dźwigają na barkach cały dom oraz dodatkowo pracę zawodową. Wszystko zależy od tego, czy kobieta ma wsparcie męża, partnera, otoczenia, rodziny i jak kształtuje się jej sytuacja w kontekście związku oraz bliskich osób wokół. Jeżeli idąc do pracy może ona zostawić dziecko pod opieką kochających dziadków – na pewno poziom jej stresu związany z rozłąką będzie dużo niższy. Jeżeli małżonek wspiera ją w obowiązkach domowych podczas gdy ona ma ważne spotkanie w firmie – na pewno będzie miała dużo wyższy poziom spokoju i bezpieczeństwa. Powiedzenie, że do wychowania dziecka przydaje się cała wioska jest w tym wypadku mocno prawdziwe i ułatwia kobiecie spokojną egzystencję.

Sytuacja kształtuje się inaczej, jeżeli kobieta zostaje sama z dzieckiem, rozwodzi się, ma bardzo trudny czas w życiu i brak wsparcia finansowego oraz psychicznego od partnera i rodziny. W takiej sytuacji bardzo często niezależność finansowa jest podyktowana przymusem, stresem i dużą presją. Łącząc to z macierzyństwem kobiety odczuwają duże zmęczenie oraz często odpowiedzialność ponad ich siły. Warto pochylić się tutaj nad kluczowym tematem, czyli odpowiedzialnym rodzicem. Jeżeli ojciec dziecka nie zapewnia mamie spokojnej, bezpiecznej przestrzeni do realizowania się w macierzyństwie oraz ewentualnej szansy na budowanie niezależności bez presji – kobiecie jest bardzo ciężko. Samo macierzyństwo jest wielkim wysiłkiem dla organizmu oraz psychiki, a wzięcie na siebie dodatkowego ciężaru utrzymania rodziny nie jest naturalną sytuacją dla kobiety, która właśnie została młodą matką. Wiele z nas z przymusu świetnie sobie radzi w takiej sytuacji, niemniej większość przyznaje, że płacą za to stresem, nieprzespanymi nocami i uporczywym zamartwianiem się o przyszłość swoją i dzieci.

Jak to jest więc z tą niezależnością? Sama w sobie jest słowem kojarzącym się z wolnością wyboru, poczuciem bezpieczeństwa i przyjmowania możliwości od życia. Większość z nas nie chce prosić partnera o każdy grosz tłumacząc po co nam kolejna para rajstop. I oczywiście w pierwszych latach, kiedy kobiety zajmują się dzieckiem i domem, najczęściej do takich sytuacji nie dochodzi. Każdy zna swoją rolę, docenia wysiłek. Niestety przykłady wielu kobiet pokazują, że kiedy nadchodzą kryzysy w związku, nagle każdy grosz staje się kartą przetargową. Niejednokrotnie kobieta orientuje się, że w razie konfliktu – jest całkowicie zależna od drugiego człowieka i nie ma szans na samodzielne podejmowanie wolnych decyzji lub nawet posiadanie częściowej decyzyjności. Wiele kobiet mówi po latach, iż był to ich największy błąd w życiu, ponieważ najpierw była to bardzo wygodna sytuacja. Nie musiały martwić się o pieniądze, płacenie rachunków, wszystko miały zapewnione. Ich koleżanki często szarpały się ze zmęczeniem, godzeniem kilku ról w życiu, zaś one miały spokój i poczucie bezpieczeństwa. Jak to jednak w życiu bywa – są dwie strony medalu i wczesny spokój z czasem jest opłacony totalną zależnością. Należy zwrócić tutaj uwagę, że nie jest niczym złym ustalenie, że kobieta pracuje przy dzieciach w domu, a mężczyzna zarabia środki na utrzymanie. Chodzi o to, aby jasno ustalić zasady współpracy w związku. Podkreślić, że kobieta pracując w domu zasługuje na wypłatę, własne środki, które są do jej dyspozycji bez konieczności tłumaczenia się z ich przeznaczania. Doświadczenie pokazuje jednak, że warto kiedy dzieci podrosną – wyjść do świata, do ludzi, rozwijać się w tym, co nas interesuje i może być także źródłem dochodu. Daje nam to poczucie, że nie poświęciłyśmy wszystkiego dla jednej roli w życiu, a łączyłyśmy je mądrze bez szkody dla siebie i rodziny. Podrastające dzieci potrzebują coraz bardziej kontaktu z rówieśnikami, otoczeniem, co daje mamie możliwość wchodzenia także w inne aktywności poza macierzyństwem.

Oczywiście, najważniejsze jest ustalenie priorytetów na każdy etap życia. Kiedy mamy malutkie dzieci – praca na zewnątrz może być tylko drobnym dodatkiem i odskocznią. Z czasem proporcje mogą się zmieniać w miarę zmniejszania się potrzeb dzieci w kwestii zaangażowania czasowego mamy. Nie zmienia to faktu, że nigdy nie powinno się zapominać o najważniejszym fakcie. Żaden człowiek nie powinien pozostawać w totalnej zależności drugiego człowieka. Jesteśmy wolni tylko w momencie, kiedy przebywamy z kimś z wyboru, chęci, a nie z przymusu. Żadna relacja, miłość, związek nie przetrwa kajdan zmuszania oraz tak silnej zależności. Nawet jeżeli bardzo kochamy męża, pamiętajmy, że uczucie karmi się także podziwem, rozmową, szacunkiem. Trochę przestrzeni w związku, powietrze i poczucie wolności sprawia, że partnerzy bardziej się starają po latach, bardziej szanują, mają o czym rozmawiać. Trudniej wejść w schemat rutyny, braku szacunku, ponieważ każdy się rozwija, przebywa wśród ludzi i zna wartość swojej pracy, wkładu we wspólne życie. Trudniej powiedzieć jednej stronie : ja na to wszystko zarabiam, zaniedbałaś się, siedzisz tylko w domu.

Temat niezależności kobiet, które mają dzieci i rodziny jest bardzo szeroki. Warto jednak pamiętać, że mądra niezależność to połączenie dobra rodziny, związku i osobistego spełnienia każdego z partnerów. Kobiety bardzo często oddają tą część na rzecz związku i rodziny wielokrotnie po latach bardzo żałując. Oczywiście są związki, w których świetnie to funkcjonuje i sprawdza się wręcz idealnie, niemniej historie tysięcy kobiet pokazują, że warto pochylić się nad tym tematem wcześniej niż poźniej. Niezależność każdego człowieka to wolność, a dojrzałe związki nie boją się braku zależności. Totalne uzależnienie, także finansowe – kontroluje i zabiera powietrze każdemu człowiekowi. Zależna kobieta czuje, że nie ma wyjścia, nie może odejść jako wolny człowiek czując się skrzywdzona, a musi znosić niejednokrotnie zachowania i sytuacje, które zabijają ją i których nie akceptuje. Brak jednak niezależności finansowej sprawia, że nie jest zdolna podjąć żadnej konstruktywnej decyzji, która pozwoliłaby jej i dzieciom spokojnie zadbać o godne i bezpieczne życie. Odpowiadając na pytanie zadane w tytule – tak, zawsze warto być niezależnych człowiekiem. Nie bojącym się chwilowego etapu zależności na niektórych polach, ale dbającym o swoją wolność. Kiedy kobieta całkowicie odda się drugiemu człowiekowi musi wiedzieć, jakie są tego naturalne konsekwencje. W momencie, kiedy będzie chciała podjąć autonomiczną decyzję, inną niż decyzja partnera – może być to niemożliwe. Warto kochać, zaufać, oddać dużo z siebie, ale z zachowaniem godności. Wielu mężczyzn w ankietach mówi jasno, że pociągają ich kobiety niezależne. Nie walczące, agresywne, odrzucające empatię i rodzinę. Niezależne oznacza dbające o swoją godność, możliwość podejmowania własnych decyzji. Mężczyzna, który czuje całkowitą kontrolę nad kobietą nie mogącą zarządzać swoim życiem w jakikolwiek sposób – z czasem, nawet nieświadomie traci do niej szacunek. Zachowanie swojego zdania, swojej godności, nawet małego budżetu – daje wolność. 

    Mając małe dzieci warto zrozumieć, że to etap przejściowy. Dobrze cieszyć się tym czasem i pozwolić sobie na przebywanie głównie z dzieckiem. Natychmiastowa gonitwa za powrotem do pracy w momencie połogu nie wydaje się dobrym pomysłem ani dla zdrowia, ani dla satysfakcji zawodowej. Warto przeżyć ten czas w harmonii i uczeniu się nowego rytmu. Warto jednak porozmawiać z partnerem, że zależy nam na ustalonym budżecie, do którego nie ma on dostępu i którym zarządzamy całkowicie same. Daje to kobiecie namiastkę niezależności. Wraz z podrastaniem dziecka warto jednak zadbać o swoją cząstkę życia zawodowego, aby ze spokojem czuć, że w razie trudności – możemy podjąć każdą dobrą dla nas, a przede wszystkim wolną decyzję. 

Agnieszka Zydroń

Agnieszka Zydroń

Psychologia w biznesie ( Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie)
Kulturoznawca, rosjoznawca ( Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie)
Licencjonowany pośrednik ( S2/2/P/2016 ) obrotu nieruchomościami
Polskiej Federacji Rynku Nieruchomości ( CEPI )
Certyfikat ukończenia Certyfikowanego Szkolenia Change Management In
Progress ( Psychologia procesu zmiany)
Praktyk w branży obrotu nieruchomościami oraz wymiany handlowej z Rosją
Autorka 3 książek oraz dziesiątek artykułów do prasy kobiecej oraz
biznesowej
Częsty gość programów telewizyjnych i radiowych