Ilona Adamska Kariera, związki i świat przestały mnie cieszyć. Teraz żyję z podwójną mocą.

Ilona Adamska Kariera, związki i świat przestały mnie cieszyć. Teraz żyję z podwójną mocą.

Twoje życie zmieniło się bardzo w ostatnim czasie. Co na to wpłynęło? Czy było to poszukiwanie Boga w momencie strachu, straty, czy zmęczenie życiem bez głębszego odniesienia ? W ciągu ostatnich dwóch lat moje życie zmieniło się o 180 stopni. Zarówno prywatne, zawodowe ale najbardziej to duchowe. Moja wewnętrzna przemiana zaczęła się po śmierci Taty. Pod koniec roku 2018. To był moment przełomowy w moim życiu. Czas, w którym waliło mi się wszystko. Związek, praca. Czułam, że się pogubiłam. Nie wiedziałam, co ze sobą począć. Straciłam całkowicie wiarę w siebie. W swoją pracę, która zaczęła mnie denerwować. Wtedy chyba po raz pierwszy poczułam, że się wypalam, że to, co robię traci dla mnie sens. Przestaje mnie cieszyć. Dodatkowo przytyłam po śmierci Taty dobre 15 kg, bo smutki, żałobę i stres zajadałam słodyczami. Czułam się brzydka, gruba, nieatrakcyjna. Wszelkie próby odchudzania kończyły się fiaskiem. Któregoś razu pojechałam do Białegostoku na warsztaty z budowania marki, które miałam poprowadzić. Postanowiłam się profesjonalnie pomalować u przyjaciółki Doroty Lange, bo przecież wizerunek i to, jak wyglądamy również był częścią mojego wykładu. W trakcie makijażu nie wytrzymałam i rozpłakałam się. Tak po prostu. Bez powodu. Dorotka zapytała: „Co się stało”. Odpowiedziałam: „Wali mi się życie”. Tylko tyle i aż tyle. Łzy mówiły więcej niż słowa. Dorotka zaproponowała, żebym zadzwoniła do zaprzyjaźnionego z nią ks. Mateusza Bajena, który będzie w stanie mi pomóc. Odmówiłam. Nie wierzyłam, że jakiś ksiądz będzie w stanie mi pomóc. Dorotka nie zważając na moją odmowę sama wybrała numer i podała mi słuchawkę. Powiedziałam tylko tyle: „Potrzebuję pomocy” i znów się rozpłakałam. Ksiądz poprosił żebym przyjechała za tydzień do Białegostoku na spowiedź życia. Pojechałam. I to był początek mojego nowego życia. 

Na spowiedzi generalnej wyłam jak dziecko. To były łzy oczyszczenia. Ogarnął mnie błogi spokój i radość, której nie dało się opisać słowami. Po spowiedzi życia, miesiąc później pojechałam na pierwsze w życiu rekolekcje. Toczyłam wewnętrzne walki, czy jechać na nie, bo szatan czując, że mu się wymakam, walczył o mnie, o mój umysł i myśli. Postanowiłam jednak, że pojadę i to była najlepsza decyzja w moim życiu. Podczas dwudniowych rekolekcji wysłuchałam przepięknych konferencji o budowaniu poczucia wartości, o tym, jak Bóg przemienia nasze życie. Miałam spoczynek w Duchu Świętym. Namacalnie poczułam Bożą obecność w moim życiu. Po rekolekcjach moje życie nie wyglądało już jak wcześniej. Zaczęłam regularnie chodzić do Kościoła. Nie tylko w niedzielę. Przyjmować komunię Świętą. Chodzić regularnie do spowiedzi. Rozstałam się z partnerem rozwodnikiem (prosiłam o to Boga w modlitwie, że jeśli nie błogosławi temu związkowi to niech mi go zabierze. I zabrał w sposób bardzo dosadny, ale o szczegółach nie będę opowiadać). Nałożyłam szkaplerz karmelitański. Zaczęłam regularnie słuchać konferencji ks. Dominika Chmielewskiego i ks. Piotra Pawlukiewicza. Odkryłam wiele inspirujących książek, które zmieniały moje życie duchowe m.in. wydawnictwa SUMUS (np. „Jego miłość Cię uleczy” czy „Kecharitomene”), wydawnictwa RTCK czy „Boże Poradniki” Arkadiusza Łodziewskiego. Zapisałam się do Krucjaty Wyzwolenia Człowieka, odstawiłam całkowicie alkohol (dziś mija 14 miesięcy życia w totalnej abstynencji; i nie dlatego, że miałam problemy z piciem, ale dlatego, że chciałam mieć świeży umysł, być bliżej Boga, nie chciałam być zniewolona przez żaden nałóg). Opowiadam bardzo skrótowo moją historię, ale jeśli macie ochotę poznać szczegóły mojego nawrócenia zapraszam na stronę  https://pl.aleteia.org/ do działu DOBRE HISTORIE. 

Moje życie dziś to Bóg. Choć ciężko tak o nim opowiadać w wywiadach, bo Jego i tej Jego wielkiej miłości do nas nie da się tak po ludzku pojąć. Ks. Pawlukiewicz mówił: „Pan Bóg jest tak inny, tak fantastycznie przerastający nasze pojmowanie, że … nie ma o czym gadać. Co tu gadać? Nie możemy ogarnąć rozumem komórek nowotworowych, a Boga chcemy rozumieć?”. Boga trzeba po prostu poznać. I pokochać. Zaufać mu całkowicie. 

Jak wyglądała Twoja codzienność przed poszukiwaniem wiary ? Co było wtedy dla Ciebie najważniejsze ? Jak spędzałaś czas ?

Moje życie przed nawróceniem to praca i zabawa. Imprezy, eventy, gale, media, blask fleszy. Często życie ponad stan. Nie szanowanie wartości pieniądza, a raczej wydawanie ich lekką ręką. Zanim poznałam na nowo Boga żyłam chwilą. Myślałam głównie o sobie. Że mi było dobrze. I żeby wszyscy mnie lubili, kochali. Chciałam wszystkim się przypodobać. Często robiłam coś wbrew sobie, żeby tylko nikogo nie urazić. Nie umiałam też do końca słuchać ludzi. W biznesie owszem. Bo wiedziałam, że biznes to relacje i trzeba umieć słuchać potrzeb klienta. Ale w życiu prywatnym zawsze stawiałam siebie na pierwszym miejscu. Jak to zodiakalny lew lubiłam błyszczeć w towarzystwie, grać pierwsze skrzypce. Jak jest dzisiaj? Dzisiaj żyję skromnie, oszczędnie. Sprzedałam wiele rzeczy, które jak stwierdziłam, nie są mi do życia potrzebne (np. najnowszego wypasionego IPhone czy laptopa). Zrozumiałam, że rzeczy materialne nie są najważniejsze. Że liczy się szlachetne serce, pokora, dobre słowo czy uwaga, które daję drugiemu człowiekowi. Zaczęłam wreszcie słuchać ludzi, znajomych. Przestałam robić huczne eventy, zapraszać media, żeby było o mnie i moich imprezach głośno. Robię tylko te, które muszę, bo są ważne dla moich klientek i partnerów biznesowych. Z 6 eventów rocznie zostawiłam 2 duże gale i to wszystko. Zamknęłam kilka projektów biznesowych, które robiłam tylko dla PR-u i promocji, a które zwyczajnie przestały mnie cieszyć. Dziś wiem co znaczą słowa: „Nie każdego stać na skromność, choć stać na tak wiele innych rzeczy”. Szukam dziś ciszy, spokoju, uciekam od blasku fleszy. Oczywiście nie całkowicie, bo praca modelki, którą również wykonuję wymaga ode mnie pokazywania się w social mediach i nieustannego reklamowania marek z którymi współpracuję, ale dziś to ma dla mnie zupełnie inny wymiar i znaczenie. Mało tego – na wiele zdjęć czy sesji nie godzę się. Również w trakcie pozowania otwarcie mówię, że nie zrobię jakiegoś ujęcia, jeśli będzie ono zbyt wyzywające. Po 20 latach pracy w modelingu i produkowaniu osobiście większości sesji mam ten komfort, że mogę sama decydować (lub z fotografem) jakie ujęcia finalnie dostanie Klient. 

Jak wygląda obecnie Twoja codzienność – co się zmieniło w stosunku do wcześniejszego czasu?

Przede wszystkim dzień rozpoczynam od różańca w którym zakochałam się dzięki ks. Dominikowi Chmielewskiemu i jego rekolekcjom, które kiedyś mi wysłał a także książce „Kecharitomene” napisanej przez wielkiego wojownika Maryi, jakim z pewnością jest ks. Dominik. Każdy mój dzień przepełniony jest modlitwą, ale jakże inną od tej, której uczyli nas w podstawówce na lekcjach religii. Dla mnie modlitwa to bardzo osobista, głęboka relacja z Bogiem. Żywa rozmowa, którą prowadzę ze swoim Przyjacielem. Któremu każdego dnia odpowiadam o swoich troskach, zmartwieniach, problemach, ale też dzielę się radościami, sukcesami. Każdego dnia dziękuję za miniony dzień, za każde wydarzenie, spotkaną osobę, każde cierpienie. Bo to w cierpieniu najpiękniej i najgłębiej doświadczam miłości Boga. Zrozumie to tylko ten, kto prawdziwie Mu zaufał. 

Czy w dzieciństwie byłaś wierząca, a jeżeli tak – co sprawiło, że odeszłaś od życia wiarą?

Jestem wychowana w rodzinie katolickiej. Moi rodzice byli (mama wciąż jest) osobami wierzącymi i praktykującymi. Przyjęłam wszystkie sakramenty (chrzest, pierwszą komunię, bierzmowanie), jednak od czasów studiów zaczęłam oddalać się od Boga, mimo że, paradoksalnie, powinnam była się do niego zbliżać, bowiem zaczęłam studia filozoficzne na Papieskiej Akademii Teologicznej (dziś Uniwersytet Papieski), a indeks odbierałam w Filharmonii Krakowskiej od samego śp. biskupa Tadeusza Pieronka. Na uczelni wykładały głównie osoby duchowne, przed wieloma wykładami musieliśmy się modlić, jednak styczność z niektórymi klerykami i ich dwuznaczne propozycje czy „listy miłosne” podrzucane na wykładach sprawiły, że zwątpiłam w Kościół, w księży. Mieszkając 8 lat w Krakowie byłam tam tylko raz na mszy świętej inaugurującej rok akademicki. Później wpadłam w wir pracy, w kolejne związki. Mówiąc wprost: nie myślałam o Bogu. Zwyczajnie nie chciało mi się chodzić do kościoła. Wyjątki robiłam w Święta. Nie wyobrażałam sobie nie pójścia do spowiedzi i komunii w Wielkanoc i Boże Narodzenie. 

Dziś chodzę regularnie do spowiedzi, nawet wtedy gdy mam niewiele grzechów, bo zwyczajnie lubię i potrzebuję porozmawiać sobie z moim spowiednikiem. Czuję po spowiedzi lekkość serca. Jakby wstąpiły we mnie nowe siły. Na msze święte chodzę sobie również w tygodniu (choć jeszcze nie codziennie).  Zaczęłam sięgać po inne książki, inną literaturę. Przestałam oglądać telewizję, bo czułam, że zabiera czas i nic wartościowego się z niej nie dowiaduję. Zaczęłam bardziej angażować się w pomaganie fundacjom i potrzebującym. Zostałam ambasadorką Fundacji Joanny Radziwiłł „Opiekuńcze skrzydła” (zorganizowałam kilka licytacji, akcji na Facebooku, zbiórkę rzeczy potrzebnych dla dzieci na Mikołajki, zrobiłam kalendarz charytatywny na rok 2021). Wsparłam w tym roku po raz kolejny Fundację A.R.T PRZECIW PRZEMOCY. W styczniu ruszamy z kampanią społeczną i cyklem artykułów, które mają na celu nagłośnienie problemu przemocy w rodzinie i dodanie odwagi kobietom, by przerwały milczenie i nie bały się zwrócić o pomoc do Fundacji czy innych organizacji. Dziś po prostu żyję w zgodzie z filozofią Roberta Baden Powella, który mawiał: „Nie liczy się to ile posiadasz, ale ile dajesz innym i jak się z nimi dzielisz. Pomagając innym pomagasz i sobie. Starajcie się zostawić ten świat choć trochę lepszym, niż go zastaliście”.

Co jest dla Ciebie największy wyzwaniem w życiu wiarą ? Czy są kwestie, których się wyzbyłaś, choć je lubiłaś i sprawiały Ci przyjemność?

Największym wyzwaniem jest ta bezgraniczna ufność. Bo czasem włącza się rozum albo odzywają się „dawni znajomi”, którzy mówią, że mi odbiło i jestem głupia, że tak ślepo wierzę w Boga, którego ich zdaniem nie ma. Próbują mi pokazać, że nie mam racji. Że jestem jak dziecko we mgle. Że jestem naiwna. Albo próbują mi udowodnić, że wszystko, co w ciągu roku osiągnęłam, np. schudłam 14 kg, zmieniłam swoje życie o 180 stopni to TYLKO MOJA ZASŁLUGA. A nie żadnego Boga czy Maryi.  Ja jednak mam w pamięci słowa: “Ufność, którą w Nim pokładamy, polega na przekonaniu, że wysłuchuje On wszystkich naszych próśb zgodnych z Jego wolą. A jeśli wiemy, że wysłuchuje wszystkich naszych próśb, pewni jesteśmy również posiadania tego, o cośmy Go prosili.” (1 J 5, 14-15). To właśnie Maryję zaczęłam prosić na początku o moją przemianę, zarówno wewnętrzną jak i zewnętrzną. I wiem, że bez jej pomocy nie spotkałabym na swojej drodze człowieka, który pomógł mi wrócić do dawnych wymiarów. Bo moje spotkanie z trenerem Leszkiem – uwierzcie mi – było niewiarygodne. To była historia w którą do dziś ciężko nam uwierzyć. 

Jeden ze znajomych napisał mi wprost po wywiadzie dla portalu Aleteia, żebym przestała mówić o Bogu, bo za rok czy dwa mi przejdzie i będę wstydziła się tych wywiadów. Dlatego nieustannie proszę Boga o bezgraniczną ufność, wytrwałość i wiarę. Bo wiara nie jest dana raz na zawsze. Nawrócenie to podnoszenie się i wstawanie. To chwile euforii, radości, aby zaraz potem upaść i czuć się słabym, grzesznym. Ale to właśnie w upadkach kształtuje się nasza siła. Dzięki nim stajemy się pokorni. 

Co dała Ci wiara ? Jak zmieniła Ciebie jako kobietę?

Dodała pewności siebie. Wyciszyła, uspokoiła. Przemieniła mnie zewnętrznie. Moje oczy świecą innym nich dotychczas blaskiem. Jestem szczęśliwa, spełniona. Mniej wymagam od siebie. I nie zależy mi już na tym, żeby wszyscy mnie lubili i akceptowali. 

Czy są ludzie i relacje, które straciłaś kiedy zaczęłaś żyć inaczej ? Czy masz nowe środowisko związane z wiarą?

Moje otoczenie kompletnie się zmieniło. Nie ma przy mnie 70 % osób, które kiedyś były. Ludzie odsunęli się sami albo ja się od nich odsunęłam, bo zaczęły mnie razić rzeczy, na które kiedyś nie zwracałam uwagi. Mam zupełnie nowe grono znajomych, osób wierzących z którymi jeżdżę do Częstochowy, do Niepokalanowa, chodzę na niedzielne msze. I od razu pragnę zaznaczyć, że nie są to żadni fanatycy religijni tylko cudowne, piękne, mądre kobiety, które tak, jak ja stawiają dzisiaj na pierwszym miejscu Boga. Mam również nowe grono kolegów na których zawsze mogę liczyć. Którzy widzą we mnie kogoś więcej niż tylko atrakcyjną kobietę. Których często, gdy mam ciężki okres czy jakiś problem, proszę o modlitwę. W tym momencie chciałabym im podziękować za ich obecność i wsparcie: Mariuszku, Marcinku – Kocham Was! Dziękuję za wszystko, co dla mnie robicie! 

Co poradziłabyś ludziom, którzy szukają sensu w życiu, ale nie ufają Kościołowi w obecnych czasach? Jak powinni podejść do nawrócenia i poszukiwania Boga?

To trudne pytanie, bo ja uważam, że nie można się nawrócić bez chodzenia do Kościoła. Przecież nawrócenie to poza modlitwą w domu także przyjmowanie Komunii świętej,  eucharystia, to sakrament spowiedzi. Jak chcesz czuć Bożą obecność bez przyjmowania ciała Jezusa Chrystusa? 

Jeśli jednak muszę już coś doradzić, to po prostu zacznij od modlitwy różańcowej. Zacznij prosić w domu Maryję o to, by Cię przemieniła. Ona już zadba o wszystko. Jeśli Twoje prośby będą płynęły z serca, będą szczere i prawdziwe Matka Boża poprowadzi Cię do Boga i wierzę, że do Kościoła także. Bo uwierzcie mi, że Kościół to nie tylko księża pedofile, jak dziś wiele osób myśli. To również cudowni duchowni, którzy wstydzą się za swoich kolegów kapłanów, którzy mają wiele za uszami. Którzy mają serce na dłoni. Trafiłam na kilku takich wyjątkowych księży, którzy są moimi przyjaciółmi. Którzy, gdy mam problem – pomagają mi poprzez długą, szczerą rozmowę czy modlitwę. Nie wrzucajmy wszystkich do jednego worka. 

Czy masz momenty zwątpienia i powrotu do dawnych nawyków i działań?

Od dwóch lat nie miałam ani jednego dnia zwątpienia w Boga czy drogę, którą wybrałam. Choć paradoksalnie im głębiej wchodzisz w nawrócenie, tym jest trudniej. Mam dni stagnacji, braku ochoty na modlitwę (choć nigdy nie zaczęłam i nie skończyłam dnia bez niej, ale wtedy, gdy nie mam nastroju modlę się krócej i czasem zwyczajnie trochę od niechcenia). Czasem miewam rozmowy z Bogiem na temat tego, dlaczego znowu muszę cierpieć, dlaczego mam tak ciężko w życiu, ale to nigdy nie jest zwątpienie w Niego. Tylko zwyczajne pytania na które znajduję odpowiedzi, gdy sięgnę po Pismo Św., które leży od 2 lat przy moim łóżku. Założyłam też rok temu na Facebooku grupę na Messengerze w której jest kilka koleżanek po nawróceniu. Gdy mi źle, piszę do nich, proszę o modlitwę. Rozmawiamy o wszystkim, dzielimy się cytatami z Biblii. W grupie siła. Nie wróciłam do dawnych nawyków. I z tego najbardziej się cieszę! 

Czy wiara wpłynęła na Twoje postrzeganie rodziny, związków?

Oczywiście. Kiedyś twierdziłam, że ślub i papierek nie są mi do szczęścia potrzebne. Dziś chcę i marzę o ślubie kościelnym. O tym, żeby Bóg postawił na mojej drodze kogoś wyjątkowego. Kogoś wierzącego, szanującego moją wiarę. Wyznającego podobne wartości do moich. Nie wyobrażam sobie związku z kimś, kto jest daleko od Boga. Nie szukam księcia z bajki, nie szukam milionera. Szukam ciepła, prawdziwej, szczerej miłości. Związku opartego na zaufaniu i wzajemnym szacunku. Kogoś, przy kim będę rozwijać się, rozkładać skrzydła. Kto będzie mnie wspierał, a nie ciągnął w dół. Kogoś, kto będzie wiedział, co oznacza słowo „wierność”. 

Niedawno zostałam mamą chrzestną małego Fryderyczka. Owocu miłości mojego brata Jonasza i jego żony Pauliny. Gdy patrzę na ich związek i małego synka widzę, jaką wartość ma rodzina, ślub. Jak czule mówią o sobie, do siebie. Jak Fryderyczek scalił jeszcze bardziej ich relację. I całą naszą rodzinę. Marzę o takim małym „skarbie”, ale też totalnie zaufałam w tym temacie Bogu. On wie, co jest dla mnie najlepsze! 

Co jest obecnie dla Ciebie najważniejsze w życiu i codzienności? Czym najbardziej żyjesz każdego dnia?

Miłość, rodzina i pokora. Życie zgodnie z przykazaniami. Każdego dnia modlę się do Boga o to, by uczył mnie kochać bliźnich, zwłaszcza tych, którzy mnie ranią, oczerniają, źle mi życzą. 

Dziś wiem, że czasem trzeba zwolnić, by nie przegiąć. Pan Jezus też mówił do uczniów: „Zwolnijcie”. „Bo często przychodzi moment, że człowiek zaczyna wierzyć w to, że sam może się zbawić” jak mówił ks. Pawlukiewicz. Oby ten moment nigdy w moim życiu nie nastąpił. Czego i Wam życzę! 

Więcej wiary i ufności Kochani! Życie jest piękne! Zwłaszcza z Bogiem!

Ilona Adamska

Ilona Adamska

Współpraca ponad granicami

Współpraca ponad granicami

Nie da się rozpocząć tego tekstu inaczej – Bridge Medical to ja i moje historia. Ale zanim przejdę do powstania firmy, przestawię, gdzie ma ona swoje korzenie. John Bridge był pierwszym członkiem mojej rodziny, który w XVII wieku przybył do Stanów Zjednoczonych z Anglii, z zamiarem założenia miasta Cambridge pod Bostonem. Zostawiając temat rodzinnego folkloru dodam tylko, że zawsze sporo podróżowaliśmy, a dorastając miałem okazję mieszkać od Nowego Jorku, przez Appalachy, na Bostonie kończąc. Następnie trafiłem do Oslo, gdzie miałem rozpocząć studia i gdzie spotkałem Kasię, dziewczynę z Polski, i gdzie zaczęła się układać nasza wspólna historia. Wtedy pomyślałem, że przyszłość szykuje się ciekawa.  

Planowaliśmy mieszkać w obu krajach – 5 lat tam, 5 lat tutaj – a potem zdecydować, gdzie chcemy zostać na zawsze. Byłem studentem inżynierii i wydawało mi się, że wszystko można ułożyć w schemacie i planie projektu. Przyjechaliśmy więc najpierw do Minnesoty, regionu w Stanach Zjednoczonych, który był moim czwartym miejscem zamieszkania, i zaczęliśmy wdrażać plan w życie. W tym czasie szybko przekonaliśmy się, że planowanie życia nie działa tak samo, jak planowanie opracowania nowego produktu do określonego zastosowania, czym zajmuje się inżynier.

Po 12 latach w Minnesocie, z dwójką dzieci, obronionym doktoratem Kasi i o większą liczbą  badań biologicznych, jaką kiedykolwiek spodziewałem się przeprowadzić, znaleźliśmy się w samolocie lecącym za ocean. Choć być może miałem więcej międzynarodowego doświadczenia, niż wiele znanych mi osób, przeprowadzka do Polski – oboje bez pracy, ze mną, nieznającym języka na wystarczająco wysokim poziomie, uświadomiła nam, że musimy odnaleźć się w zupełnie nowej sytuacji. Nie była to moja pierwsza wizyta w Polsce. Spędziłem tu wcześniej kilka miesięcy, współpracując z profesorem związanym z Instytutem Lotnictwa, miałem też kilku znajomych, z którymi chętnie odnowiłem kontakt. Dzięki profesorowi znalazłem też kolejną pracę, ponownie wiążąc moją ścieżkę z instytutem. 

Jako Amerykanin pracujący w polskim centrum amerykańskiej firmy, mogłem obserwować otoczenie z unikalnej perspektywy. Ponieważ nie mówiłem płynnie po polsku i miałem problemy z nadążaniem za rozmową na korytarzu, nie byłem osobą wtajemniczoną, ale też nie uważałem się za outsidera. Michael, Amerykanin, który kierował operacjami z USA, specjalnie poprosił mnie, abym nie uczył się języka polskiego, aby tym bardziej zachęcić innych inżynierów do pracy w języku angielskim. W ciągu 18 miesięcy spędzonych w GE spełniłem to żądanie, ale niekoniecznie w związku z postawionym mi założeniem.

Gdzie doświadczenie spotyka ambicję

Kiedy Kasia rozwijała swoją karierę jako nauczycielka akademicka, moje długoterminowe plany zakładały kontynuację badań medycznych, choć o bardziej międzynarodowym charakterze. Kiedy dwie firmy skontaktowały się ze mną w sprawie ich celów w Europie, zdałem sobie sprawę, że nadeszła kolejna faza. Kiedy powiadomiłem GE o moim planowanym odejściu, moje własne relacje z inżynierami, z którymi pracowałem, i w całej firmie, rozluźniły się i stały bardziej otwarte. Zorganizowali mi nawet pożegnalną imprezę i przypilnowali, żebym na pewno nie wracał z niej samochodem. Myślę, że był to pierwszy raz po długim czasie (łącznie z moim pobytem w Minnesocie), kiedy poczułem się prawdziwą częścią grupy. I przyznam, że zabrakło mi tego, kiedy po raz kolejny zmieniłem ścieżkę kariery i zostawiłem za sobą moich nowych, starych znajomych.

Prawdopodobnie najbardziej wartościowej rzeczy podczas mojej współpracy z Instytutem nauczył mnie mój szef, Marian (który zachęcił mnie też do mówienia po polsku). Mianowicie zrozumiałem, jak cenną wartością są ludzie pracujący w zespole. Moim głównym obowiązkiem i najwyższym priorytetem było utrzymanie ich aktywności i możliwości funkcjonowania na jak najwyższym poziomie. Obejmowało to odłożenie na bok wszystkich innych czynności, aby upewnić się, że mają wszystkie materiały, narzędzia i zasoby potrzebne do łatwego i optymalnego wykonywania zadań. Podobnie, wszelkie pojawiające się problemy musiały być rozwiązywane bezpośrednio i bardzo szybko. W ten sposób odkryłem, że najskuteczniejszym kluczem do sukcesu są ludzie, z którymi pracuję, oraz nasze wzajemne relacje. Trzy lata i jeden kryzys finansowy później zacząłem coraz częściej kontaktować się z innymi badaczami w Polsce. Ostatecznie doprowadziło to do powstania Grupy VICR w Warszawie. Poza Polską, od Niemiec po Stany Zjednoczone, sieć nadal się rozwijała. Może nawet stawaliśmy się polską firmą?

Gdzieś po drodze spotkałem Tima, biznesmena z Minnesoty, który próbował wprowadzić swój produkt do Polski. Opowiedział mi o polskim profesorze, urologu, który wielokrotnie się do niego zgłaszał, zainteresowany użyciem ich urządzenia w jego klinice w Polsce. Mieli użytkowników w całej Europie Zachodniej, ale ich obecność w krajach dawnego bloku wschodniego była znikoma. Wiedział, że aby odnieść sukces w Polsce, potrzebuje ludzi dostępnych na miejscu. To był pierwszy raz, kiedy rozważaliśmy wyjście poza obszar badań i dołączenia do naszej działalności  nowej technologii do użytku lekarskiego. W ten sposób przeszliśmy od inżynierii do badań klinicznych, a następnie do wprowadzenia i dystrybucji produktów, co trwa dalej. Wydawało się wtedy, że nie do końca zrozumieliśmy ten nowy dla nasz obszar, i że musimy nauczyć się czegoś zupełnie nowego. 

Plany na przyszłość

Kiedy zaczynałem w GE, martwiłem się, że maszyneria, przy której użyciu będę pracować, nie była tym, w czym miałem doświadczenie. Bałem się, że mogę się w niej pogubić. Ale kiedy położyłem maszynę przede mną i zacząłem rozbierać ją na części, zdałem sobie sprawę, że to tylko kolejna maszyna. Podobnie proces dystrybucji produktów i komunikowania korzyści użytkownikom to tylko kolejny proces. Poza sprzętem GE, moje własne doświadczenie obejmuje urologię, a także kardiologię, implantację i interakcję tkankową na poziomie komórkowym. Wspomniane wyżej urządzenie Tima to implant urologiczny, który doskonale wpasowywał się w nasz obszar zainteresowań.

Tak właśnie przebiegał też nasz proces myślenia o Clotit. Jest to urządzenie do użytku konsumenckiego oraz przez lekarzy weterynarii. Rozumiejąc projekt Clotit, możemy zająć się aspektami naukowymi i technicznymi i współpracować z weterynarzami nad aplikacją proszku na poziomie tkanki. Podobnie, możemy komunikować się z właścicielami zwierząt domowych i jeźdźcami konnymi, w jaki sposób Clotit może przynieść korzyści ich zwierzętom i zapewnić właścicielom dodatkowy spokój. Naszym celem jest zwiększenie zrozumienia technologii przez naszych użytkowników oraz wspieranie badań w dalszych zastosowaniach. Będziemy musieli wydawać publikacje i komunikaty informacyjne w języku polskim i angielskim. Musimy współpracować z lekarzami i weterynarzami, aby ustalić zastosowanie Clotit wykraczające poza to, co jest obecnie znane i zatwierdzone. To jest nasz plan na dalsze działania, zarówno w Polsce, jak i w całej Europie.

Chociaż jesteśmy zajęci każdym z tych tematów zarówno dla Clotit, jak i Uromedica, nie przestajemy szukać nowych technologii i potrzeb, które są obecnie niezaspokojone. Możemy nadal koncentrować się na naszych obszarach wiedzy, w tym na gojeniu ran, urologii i kardiologii. Nauka, jak przekazywać tą wiedzę ludziom w całej Polsce i reszcie Europy, pozostaje niedokończona.

W języku polskim i angielskim mamy to samo powiedzenie, że diabeł tkwi w szczegółach. Dystrybucja, komunikacja, zrozumienie i reagowanie na problemy i obawy klientów, niezależnie od tego, czy jest to problem z dystrybucją, czy z funkcjonowaniem samego produktu – wszystkie te kwestie musimy brać pod uwagę i ich pilnować. Nawet idealny plan nie jest wolny od problemów w trakcie jego realizacji. W inżynierii istnieje proces określany „oceną trybu awaryjnego i analizą krytyczności”, który jest włączony do projektu produktu. Skutecznie staramy się przewidzieć, co może się nie udać i co zrobimy, gdy tak się stanie.

Chociaż nadal mamy siedzibę w Polsce, staramy się dotrzeć do klientów w całej Europie, a więc rozszerzając pole ewentualnych przeszkód i sukcesów, a także mnogość potrzebnych prognoz, co może się nie udać. Czy możemy sprostać wszystkim tym wyzwaniom? 

Dotarliśmy tak daleko. Po prostu nie proś mnie ponownie o przeprowadzkę.

Paul Barratt

Paul Barratt

Paul Barratt, założyciel i dyrektor generalny Bridge Medical. Ma
25-letnie doświadczenie w technologii medycznej, zarówno jako inżynier
ds. badań i rozwoju, jak i kierownik ds. badań klinicznych. Posiada
szerokie doświadczenie z urządzeniami medycznymi, od technologii
diagnostycznej po urządzenia chirurgiczne i implanty.

Przeniósł się do Warszawy z Minnesoty w USA w 2006 roku. Wkrótce po
przyjeździe, w 2006 roku, współpracował z warszawskim ośrodkiem
badawczo-rozwojowym General Electric, gdzie pracował jako kierownik
programowy, pomagając w integracji operacji w Warszawie z biurami w
Stanach Zjednoczonych i we Włoszech.

Paul posiada tytuł magistra inżynierii mechanicznej i biomedycznej
Uniwersytetu Minnesota, tytuł MBA Uniwersytetu Quebec w Montrealu i
Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie oraz licencję inżyniera zawodowego
w amerykańskim stanie Minnesota. Posiada cztery patenty na urządzenia do
leczenia wad serca i przeprowadzania operacji laparoskopowych.

Dominika Tajner Jak przetrwać rozstanie i zbudować relacje na nowo

Dominika Tajner Jak przetrwać rozstanie i zbudować relacje na nowo

Rozstanie często kojarzy się ludziom z koszmarem i brakiem perspektyw na przyszłość. Z praniem brudów, oczernianiem wśród znajomych, a przede wszystkim z lękiem przed nową rzeczywistością. Czy faktycznie jest się czego bać? Czy za jednymi zamkniętymi drzwiami nie otwierają się przed nami kolejne? Czy ponowne wyjście do ludzi, opuszczenie własnej strefy komfortu faktycznie jest czymś nierealnym?

Przede wszystkim – nikomu nie jest łatwo po rozstaniu. Nieważne, czy związek trwał miesiąc, rok, czy pięć lat. To przecież nasz cenny czas, dzielony z najważniejszą osobą w życiu. To wiele historii i różnych wspomnień. To zasuszony w albumie kwiat, książka z romantyczną dedykacją na półce, to zdjęcie wiszące na ścianie.
Nieważne też, czy rozstanie dotyka „zwykłego Kowalskiego”, czy osobę publiczną. Nikomu nie jest łatwo. Ale czasem bycie na świeczniku nie ułatwia sprawy. Jak każda sytuacja, również rozstanie wiąże się z wieloma emocjami. Często są one negatywne. Jest nam źle – smutno, płaczliwie, nostalgicznie. Czujne oko mediów i obserwatorów nie ułatwia sprawy. Aby dojść do siebie potrzeba czasu, a przede wszystkim prywatności. Paradoksalnie, na pewnym etapie potrzeba także samotności. By przeżyć swój ból. By zrobić to po swojemu – wykrzyczeć, wypłakać, wytańczyć. Nie potrzeba nam za to oceny innych osób. Eskalowanie problemu i publiczne wałkowanie tematu stanowią tylko pożywkę dla mediów. To są przecież sprawy, które mogą dotknąć każdego z nas. Pocieszenia i dobre rady jak najbardziej pomagają nam dojść do siebie, jednak odwrotny efekt dają powtarzane publiczne informacje o braku formy, zapuchniętych oczach czy o zbyt szybkim znalezieniu nowego partnera i dywagacje o tym, co takiego się stało, że związek się rozpadł.
Trzeba pamiętać, iż związek to kompromis dwóch światów, o różnych doświadczeniach, możliwościach i oczekiwaniach. Jeśli w relacji zaczyna dziać się coś złego, niepokojącego, czy też po prostu uczucie się wypaliło, lepiej się rozstać niż niszczyć siebie nawzajem. Niż niszczyć samego siebie. Musimy pamiętać, żeby żyć w zgodzie z samym sobą, a nie wbrew sobie.
Trzeba też zwrócić uwagę na to w jaki sposób się rozstać. Cokolwiek by się w trakcie związku wydarzyło, dobrze jest zakończyć go z klasą. Nie jest to łatwe. Ale i nie niemożliwe. Wiadomo – nie będzie was już łączyć ta sama relacja. Patrząc na siebie będziecie widzieli człowieka innego niż ten, którego widzą wszyscy wokół. Bo będziecie na niego patrzeć przez pryzmat tego, co razem przeżyliście. To jednak nie przekreśla szansy na poprawne relacje w przyszłości. Mówi się, że Twój partner świadczy o Tobie. W jakim więc świetle stawiasz siebie wylewając swoje żale i oczerniając drugą stronę? Nie mówię tu oczywiście o związkach, w których pełno jest przemocy czy różnych patologii – o tym trzeba mówić głośno i walczyć z tym. Ale w związkach, w których po prostu nie wyszło, trzeba podnieść głowę i iść dalej. Nie wolno pielęgnować w sobie złości. Nie wolno również w żaden sposób odgrywać się na drugiej osobie i uprzykrzać jej życia. Tak samo nie wolno pozwolić, by druga strona podejmowała takie negatywne działania wobec naszej osoby. Wystarczy być wobec siebie fair i zająć się sobą i swoim życiem.
Jak jednak, w obliczu niedawnego nieszczęścia, budować nowe relacje? Przede wszystkim odważyć się. Wyjść ze strefy komfortu i samemu zrobić pierwszy krok. Na nowo odnaleźć siebie – swoje wewnętrzne piękno, mocne strony. Pozwolić sobie na przyjemności. Na odkrywanie nowego. Na poznawanie nowych ludzi i nawiązywanie znajomości. Jak inaczej dać sobie szanse na nowy początek? Zamykanie się w sobie, siedzenie wśród czterech ścian, bez kontaktu z rzeczywistością nie jest najlepszym rozwiązaniem. Wierzę w miłość i uważam, że każda forma nawiązywania kontaktu jest bardzo ważna. Chociaż trzeba przyznać, że w obecnych okolicznościach nie jest to wcale proste. Nic nie zastąpi bezpośredniego kontaktu z drugim człowiekiem. Nie znaczy to jednak, że nie istnieją możliwości, które dają nam jego namiastkę. Z pomocą przychodzi Internet i aplikacje społecznościowe. Ciekawym rozwiązaniem są randki online. Mają swoje zalety, chociażby takie, że przez kamerkę można zauważyć żonę, dzieci, a spotykając się w innym miejscu nie ma takiej możliwości  Co innego kreowanie się na kogoś, kim się nie jest, ale tego nie jesteśmy w stanie zweryfikować nawet w rzeczywistości, przynajmniej na początku. Jest to jednak ciekawe doświadczenie, z nieodzowną nutą tajemniczości i fascynacji.
Jestem jednak zwolenniczką tradycyjnych spotkań, których nie da się zastąpić wideo chatem. Tak samo jak kamerą nie da się zastąpić drugiego człowieka. W końcu ostatecznie dążymy do bliskości z drugim człowiekiem (zarówno psychicznej, jak i fizycznej), a ta możliwa jest właśnie w rzeczywistości.
Najważniejsze jest jednak nie bać się otworzyć na nowe relacje i drugiego człowieka. Jesteśmy kowalami swojego losu. Musimy przejąć inicjatywę. Przestać się bać. Zostawić za sobą żal i smutek. Śmiało iść do przodu i czekać co przyniesie los.

Dominika Tajner

Dominika Tajner

Prezes firmy Tajner.Co Sp. z o.o., Coach i trenerka
rozwoju osobistego, osobowość medialna. Absolwentka Akademii Wychowania
Fizycznego w Krakowie.

Relacje w pandemii czyli człowiek zamknięty ze sobą lub z drugim człowiekiem

Relacje w pandemii czyli człowiek zamknięty z drugim człowiekiem

Od początku pandemii minęło wiele miesięcy, wiec zostało napisanych tysiące artykułów na ten temat. Czytałam artykuły na temat przemocy w rodzinie, samotności, chorób psychicznych, a nawet porady jak przygotować się na pierwsze randki na skype. Z tego względu nie będę poruszać tych tematów; szczególnie, że były napisane przez bardzo doświadczonych i odpowiednich do tego ludzi. Relacja w moim życiu, na które pandemia wpłynęła najbardziej – to relacja ze sobą.

Pierwsze co zauważyłam w czasie lockdown*, gdy człowiek jest zamknięty z drugim człowiekiem w domu to fakt, że świat się kurczy. Nagle nie ma spotkań ze znajomymi, nie ma plotek w pracy i całe jestestwo sprowadza się do tej jednej przestrzeni, jednego mieszkania, które dzielimy z drugą osobą. Nagle cotygodniowe wyjścia do sklepu spożywczego urastają do rangi wycieczki do Francji, półgodzinny spacer po parku to plany na miarę wspinaczki Mount Everest. Świat się kurczy. I ten pomniejszony świat ma dwie strony medalu. Pierwsza, ta dobra – człowiek znajduje sens i przyjemność w najoczywistszych, najnudniejszych rzeczach. Obowiązki domowe stają się wręcz celebracją, każde wyjście z domu to jak uczestnictwo w premierze opery w „La Scala”. Druga strona medalu – ten świat zrobił się taki malutki, że zaczyna brakować perspektywy. Bo jak mieć perspektywę, skoro nie wolno wyjść dalej niż 2 metry z domu? I tak jak wycieczki do sklepu są celebrowane jak rozdanie Oscarów, tak małe przewinienia urastają do przestępstw, za które należy się dożywocie. Niewłożone naczynia do zmywarki – kara głodu. Niepościelone łóżko – ostracyzm społeczny. Kiedy już wszystko wróciło do normy – zastanawiałam się, dlaczego się tym tak przejmowałam? Dlaczego takie pierdoły stały tak ogromnie ważne? Po czasie zdałam sobie sprawę, że po prostu świat mi się skurczył. Tak, jak z soczystego winogrona robi się taka smutna, ale słodka rodzynka. Przez to doświadczenie zaczęłam myśleć o kobietach i mężczyznach, których te problemy dotykają codziennie. Czy kobieta, która zajmuje się domem i wychowaniem dzieci też ma takie myśli? Czy jej świat się skurczył do domowego ogniska? Jeśli idziemy tym tropem rozszerzmy świat trochę bardziej. W środku jest dom, następnie rozszerza się do pracy (wyobraźcie to sobie to jak układ słoneczny, gdzie słońce to jest dom i potem są kolejne planety, które reprezentują coraz większe elipsy). Też kiepsko, bo zamiast narzekać tylko na męża, narzekamy na męża i na Kasie z księgowości, która utrudnia nam dostanie urlopu. Sfery są oczywiście indywidualne, może to być religia, sport, grupa przyjaciół, hobby; każdy swoje życie układa i wartościuje osobiście. Moje pytanie brzmi: (bo w tym akapicie nie udzielam odpowiedzi, tylko zadaję pytania), co jest dobre i co jest lepsze? Nie można powiedzieć, że skurczony świat jest zły, ponieważ kto nie lubi być otulony ciepłym kocykiem. Z drugiej strony ta elipsa Plutona jest fascynująca, ale czy oddalając się tak daleko od Słońca nie tracimy trochę ciepła? To zależy od każdego.

Drugą sprawą, którą chciałam poruszyć w tym pandemicznym artykule to osobista relacja ze sobą. Znowu moja własna, subiektywna obserwacja. Czasy pandami są trudne. Czasy pandemii wymagają od nas wszystkich bardzo dużo siły psychicznej. Ciągle zmiany, dostosowywanie się do nowych poleceń i taki okropny brak poczucia bezpieczeństwa. Nie jesteśmy pewni pracy, sytuacji materialnej, relacji romantycznych, a nawet relacji przyjacielskich.

Przez wprowadzenie lockdown przez państwo straciłam pracę i w tym momencie nawet nie miałam nic przeciwko, ponieważ uwiodła mnie wizja słodkiego lenistwa przez jakiś czas. I tak zaczęło się noszenie pidżamki w misie przez cały dzień, oglądanie Netflixa 12 h dziennie, a największym zmartwieniem było: co dzisiaj na obiad? Po paru tygodniach tych przyjemności zaczęło się niestety robić nieciekawie, bez owijania w bawełnę: przestałam lubić siebie. Ta bardziej przytomna strona mnie krzyczała: dziewczyno! Ogarnij się! Zrób coś ze sobą! Ale była szybko zbyta kieliszkiem ulubionego wina i nowym sezonem serialu. I wierzcie czy nie, tak mi minął cały lockdown. Patrzyłam na siebie i czułam beznadzieję, nie było nic we mnie, z czego byłam dumna. Gdybym poświęciła godzinę dziennie robiąc cokolwiek w kierunku samorozwoju, nie byłabym w takiej sytuacji. Z pewnej siebie, przebojowej kobiety stałam się jakąś wydmuszką, która się wszystkiego boi. Zaraz po lockdown, jak tylko zaczęło się wszystko otwierać – dostałam pracę. Kiepską, ale pracę. W dwa dni wróciłam do ‘’starej Pauli’’, która w siebie wierzy. Powodem tego było najzwyklejsze poczucie dumy, ze coś robię. Jest mnóstwo artykułów na temat samorozwoju podczas pandemii, szukaniu nowych hobby itd. A ja dodam coś od siebie. Jeśli akurat nie możecie pracować zdalnie i siedzicie w domu, zróbcie coś, z czego będziecie dumni. Najlepiej jeszcze coś, czym będziecie mogli się pochwalić. Po ludzku, tak płytko pochwalić wszystkim, którzy będą chcieli słuchać. Może to być nauka nowego języka, kurs online programu, który pomoże w karierze, a nawet robótki ręczne. Kiedy zapowiedzieli drugi lockdown w Wielkiej Brytanii, miałam cudowny plan nauczyć się podstaw programowania i uwierzcie mi, ze cudowniej było mówić znajomym i rodzinie o moich planach niż: umyłam łazienkę, wszystko w porządku. Plany niestety nie wyszły, bo po dwóch dniach nauki wezwali mnie do pracy. Tak też bywa. Następnym, na co wpływa pandemia w relacjach ze sobą to są nasze wielorakie Ja. Każdy człowiek ma wiele Ja. Wszystkie Ja są szczere, prawdziwe i absolutnie nieudawane. Każdy ma inne Ja i różne Ja zajmują więcej albo mniej miejsca w naszym podstawowym Ja. Mamy jedno Ja w pracy, jedno w domu, jedno gdy jesteśmy w przyjaciółmi, jedno na wakacjach itd. Na przykład jakiś Pan może być bardzo surowym i wymagającym menagerem, a w domu typowym ciepłym misiem, który płacze na komediach romantycznych. 

Przy znajomych znawca teorii sztuk walki, a na wakacjach fotograf. W czasie lockdown nie możemy być tym wszystkim, na co składa się nasza osobowość. Jesteśmy tylko tym jednym fragmentem, równowaga pomiędzy Ja jest zaburzona. I czasami jest trudno sobie z tym poradzić, a im dłużej Ja jest nieaktywne tym wydaje się mniej wyraźne.  Jak pisałam powyżej, ja zaczęłam tracić te silną część siebie i nie czułam się z tym dobrze. Bardzo pomaga stały kontakt (telefoniczny czy online) z różnymi środowiskami naszych Ja. Rozmowa Skype z koleżanką, z którą zawsze chodzimy na imprezy i która patrzy na nas przez pryzmat przetańczonych nocy, wysłanie wiadomości do przyjaciela z dzieciństwa, który przypomni nam nasze dziecięce Ja. Pozwoli to mieć chociaż namiastkę ‘normalności’. Wspominałam, ze czasy pandemii są trudne, ale niestety wszyscy musimy sobie z nimi jakoś poradzić. Może rady, które przeczytamy w internecie pomogą, może musimy szukać własnych rozwiązań na zasadzie prób i błędów, to jest sprawa indywidualna. W tym artykule bardzo dużo pisałam o sobie ,o tym, jak ja się ze sobą czułam, jak mój wewnętrzny świat się zmieniał. Skupiłam się na tym dlatego, że naprawdę najważniejsza relacja to ta ze sobą i jak my się ze sobą czujemy. Wiem, że jest to napisane na każdym motywacyjnym plakacie i jest strasznie przejedzone, ale to jest prawda. My jesteśmy słońcem naszego świata i to, co się dzieje w jego jądrze wpływa na cały układ. Dlatego ostatnia, nieproszona rada tego artykułu: bądźmy dla siebie samych mili.

*Lockdown – czas nadzwyczajny, który wprowadza rząd podczas pandemii .Wszystkie sklepy, oprócz tych z artykułami pierwszej potrzeby są zamknięte. Restauracje i kawiarnie są otwarte tylko na wynos. Wszyscy pracownicy biurowi pracują zdalnie. Z domu można wyjść tylko do sklepu albo na spacer w calach zdrowotnych. Przebywanie z osobami innymi niż z własnego domostwa jest zakazane.

Paula Felczak

Paula Felczak

Na stale mieszka w Wielkiej Brytanii. Absolwentka Aberystwyth University, Coventry University i University of Hertfordshire. Magister psychologii biznesu i badan w psychologii. Laureatka narodowej nagrody literackiej im. Marka Hlasko. Interesuje sie nowinkami w psychologii oraz kuchniami świata.

Wiganna Papina – Jak cię widzą tak cię piszą

Wiganna Papina – Jak cię widzą tak cię piszą

„Jak Cię widzą tak Cię piszą”- stare jak Świat porzekadło – czy jednak rozumiemy o co dokładnie chodzi? Wygląd zewnętrzny jest niezwykle ważny w tworzeniu relacji, niezależnie od tego czy idziemy do pracy, na randkę, na premierę czy siedzimy w domu – ostatnio przymusowo.

To, w co się ubieramy, jak czeszemy i nakładamy makijaż jest odzwierciedleniem stanu naszego ducha, nastroju danego dnia ale tez wyrazem szacunku do otaczających nas osób. Nie każdy musi pasjonować się modą ale śledzić trendy zawsze warto.
Zdecydowanie polecam dążenie do ideału.
Ja od dziecka uwielbiałam przebierać i czesać lalki. W liceum pomagałam dziewczynom przygotować się do randek, podobnie na studiach. Na „Połowinki” tak odmieniłam koleżankę, że nikt nie wpadł na to, że ta piękna dziewczyna to ta „szara myszka” z 2-giej grupy.
Fascynowały mnie tez modelki ikony lat 90-tych ale nigdy nie chciałam być stricte jedną z nich. Potrafiłam jednak dostrzec ich zalety i wady, podziwiając jak wszystko można wydobyć, bądź ukryć odpowiednio dobranym strojem, pozą na zdjęciu, fryzurą czy makijażem.
Wcale nie chodzi o próżność. Estetyczny, dobry wygląd to świadectwo dobrego wychowania i dobrych wzorców.
Będąc w Szkole Kosmetycznej uczestniczyłam w programie edukacyjnym dla szkół ponadpodstawowych jeżdżąc i ucząc na zajęciach podstaw makijażu, aby w każdej sytuacji wyglądać odpowiednio i estetycznie.
Często słyszę narzekania mężów lub żon, że jak ich partnerzy bądź partnerki gdy idą do pracy są zadbani, eleganccy i efektowni natomiast gdy nastała era Home Office i skoro zostajemy w domu to nie ma dla kogo się stroić.
Przecież nasi bliscy to najważniejsze osoby w życiu każdego człowieka i to właśnie dla nich należy się starać, bo to oni zawsze z nami będą. Nie chodzi tylko o partnera czy partnerkę ale tez o rodziców, dzieci, rodzeństwo. Dlaczego nasi najbliżsi mają znosić nasze wizerunkowe lenistwo? Przecież oni przede wszystkim zasługują na szacunek!
Według mnie nie ma ludzi szczęśliwych, którzy źle wyglądają. Nie chodzi oczywiście o mankamenty figury, wiek ani wyrazistą urodę. Znam wiele kobiet w różnym wieku i rozmiarze, które są po prostu zadbane i efektownie potrafią podkreślić zalety, natomiast maja też świadomość swoich wad. Wiedzą jednak jak je ukryć (jeśli nie wiedzą, to zgłaszają się do mnie).
Przy doborze partnera wygląd zewnętrzny ma ogromne znaczenie. Np. elegancki dyrektor poznaje efektowną pracownicę, zakochują się i zamieszkują razem. Ze względu na pandemię zmuszeni są pracować w domu i dochodzi do rozczarowania, gdyż sexowna dziewczyna z biura w warunkach domowych staje się „znudzonym kocmołuchem” w starym dresie i (o zgrozo) z tłustymi włosami. Nie nosi już szpilek i pończoch etc. Pan Dyrektor nie może uwierzyć, że to ta sama kobieta i zaczyna poszukiwać „kobiety w szpilkach” gdzie indziej… Oczywiście, nie chodzi o to, aby po domu biegać w obcasach i pełnym makijażu, ale na pewno miło jest drugiej osobie, gdy po prostu o siebie dbamy. Mamy czyste ubrania, włosy, a nie prezentujemy się jak po wstaniu z łóżka. My też poczujemy się lepiej, gwarantuję!
Ale! Mili Panowie! Wy też często się zaniedbujecie w warunkach domowych. Nie ma nic gorszego niż nieogolony, rozczochrany partner w poplamionym t-shirt’cie. Gdzie tu szacunek do domowników? Nawet jeśli chodzi „tylko” o dzieci, przecież dla nich też warto się starać! Mama i Tata zawsze powinni ładnie pachnieć i mieć stroje domowe w optymistycznych barwach. Dzieciom trzeba dawać dobry przykład! Nie straszmy ich swoim złym nastrojem i wyglądem, to bardzo wpływa na ich późniejsze relacje z ludźmi.
Warto tez mieć szacunek do samego siebie i mieć piękne relacje z samym sobą.
Czasem przecież mijamy lustro i wtedy nawet w smutnej jesiennej szarudze możemy stwierdzić, że ta dziewczyna z odbicia jest całkiem „w porządku” – ma dopasowany kolorystycznie do karnacji kolor dresu, podmalowane rzęsy i róż na policzkach, a włosy są zadbane.
W warunkach Home Office pani busineswoman może sobie pozwolić np. na różową odzież domową, którego to koloru nigdy by nie użyła w biurze. W domu można tez poeksperymentować z makijażem, sprawdzić czy fioletowy lub zielony tusz do rzęs będzie odpowiedni. Fryzura może też być fantazyjna. Czas w domu warto wykorzystać na rożnego rodzaju eksperymenty wizerunkowe.
Ostatnio zaskakuje mnie banał, brak pomysłowości i szaleństwa jeśli chodzi o styl. Ludzie boja się wyróżniać, chcą być pospolici i zlewać się z tłumem. Boją się, że zostaną wyśmiani i ich intencje będą niezrozumiałe dla otoczenia.
Winne temu są media społecznościowe i szerzący się „hejt”. Nie każdy jest w stanie „to” udźwignąć. Ludzie wolą się nie wyróżniać, wtedy nie można się do niczego przyczepić.
Ale ten strach właśnie mnie zadziwia, przecież żyjemy w czasach, kiedy dostępne jest wszystko i jednocześnie wszystko już w modzie było. Wspomnijmy awangardowych projektantów z lat 90tych-Giani Versace, Jean Paul Gaultier, John Galiano, Vivienne Westwood, Dolce Gabbana. Wtedy ludzie kochający modę i styl mieli odwagę i radość z tworzenia i noszenia tych fantastycznych projektów!
Mam przyjemność posiadać trochę vintage orginałów z tamtych lat, w dodatku uszytych w Italii i nigdy się ich nie pozbędę! W dodatku cały czas są aktualne modowo i zawsze robią furorę. To wielka sztuka stworzyć dzieła ponadczasowe.
Mało jest teraz osób które bawią się modą. Właśnie na przekór standardom na szczęście pojawili się Hipsrerzy, którzy modę potraktowali z odwagą , z żartem i eklektycznie, chwała im za to! Bo skoro ktoś nie potrafi odważnie bawić się swoim wizerunkiem, to również zabraknie mu odwagi w projektach zawodowych!
Wybierając asystentki zawsze kierowałam się ich wyglądem zewnętrznym i pasją, doświadczeniem zawodowym, a nie tylko dyplomem np. Szkoły Mody w Londynie. Stylista podobnie jak dentysta lub fryzjer musi być „wizytówką” swojego zawodu. Dlatego nie pójdziemy do „bezzębnego” dentysty i do fryzjerki ze zniszczonymi włosami .
W związku z tym, że na razie „nigdzie nie pójdziemy”, gdyż ze względu na pandemię obecne hasło brzmi – „zostań w domu” – można ten czas poświecić na wszelkie innowacje i bawić siebie i domowników codziennie inną ale przemyślaną stylówką . Wykorzystajmy ten domowy czas.
Warto przejrzeć szafy! Znajdziemy tam wszystko czego potrzeba, a karnawał za pasem. Możemy z ubrań, które już mamy stworzyć nowe, odważne stylizacje rezygnując z nudy i banału.
Malkontentki nie są „w modzie”. Kobieta zadowolona ze swojego wyglądu jest szczęśliwa, promienieje i szczęściem obdarza innych, a relacje wtedy tworzone też będą szczęśliwe. Wiadomo, że nie tylko wygląd jest ważny ale to równorzędny element.
Oczywiście od złośliwych pada pytanie – „Co ona taka szczęśliwa i uśmiechnięta? Ładna do tego to pewnie idiotka! Trzeba jej zetrzeć ten uśmiech z twarzy ! Przyda jej się trochę jadu”.
Właśnie to jest ciekawe, że ludzie chcą unieszczęśliwić kogoś zamiast skupić się na sobie. Odwracają uwagę od swoich wad skupiając się na cudzych, a trzeba zacząć od siebie.
Budowanie Własnego Szczęścia i Szczęśliwych Relacji to ciężka praca, to proces w którym jest ważny rozwój duchowy, modlitwa, medytacja, zmiana sposobu myślenia.
Proces doskonalenia ciała i umysłu jest długi ale piękny, jest celem samym w sobie.
Trwa całe życie.
Szczęście to pojęcie względne. Każdy musi sam dojść do tego co go uszczęśliwia. Nie chodzi tu oczywiście o „nowe auto”. Najważniejsze są relacje z samym sobą. Jeżeli potrafimy zbalansować swoje wady i zalety, to relacje z ludźmi zarówno w warunkach domowych jaki zawodowych, też będziemy potrafili zbalansować. Bo tworzenie relacji jest ważniejsze niż władza. Dlatego warto pochylić się nad relacjami w rodzinie, bo jeśli są właściwe, to poza domem też będziemy potrafili je stworzyć.
Nikt nie jest doskonały, ale samo dążenie do doskonałości jest wyzwaniem. Natomiast warto zachować balans w każdej dziedzinie życia. Prostym przykładem zachowania balansu w stroju na randkę jest np. czerwona sukienka mini ale …z golfem.
Albo idąc tropem mistrzyni sexapilu, Kaliny Jędrusik, można pokusić się o bardzo głęboki dekolt ale… na plecach!

 

Wiganna Papina

Wiganna Papina

Stylistka, wizażystka, kostiumograf. Od wielu lat dba o wizerunek polskich gwiazd.
Mgr Geografii na Uniwersytecie Gdańskim. Absolwentka 2 letniej Szkoły Kosmetycznej w Warszawie. Autorka kostiumów do 10 edycji programu Taniec z Gwiazdami TVN, seriali telewizyjnych m.in. „Niania Frania” TVN, Teatrów Telewizji TVP oraz sztukTeatralnych m.in. „Tango” Sławomira Mrożka dla Opery Kameralnej w Warszawie. Twórca cykli modowych w porannych programach śniadaniowych „Dzień Dobry TVN” i „Pytanie na Śniadanie”.

Czy jesteśmy obecnie drapieżnikami w wyścigu pomiędzy kołyską a trumną…?

Czy jesteśmy obecnie drapieżnikami w wyścigu pomiędzy kołyską a trumną…?

Żyjemy w specyficznych czasach… Z jednej strony dostęp do materialnych dóbr przeszedł wszelkie oczekiwania, z drugiej zarzuceni niepotrzebnymi przedmiotami nie potrafimy się oczyścić z balastu, bałaganu, gonitwy i ciągłego niezaspokojenia. Chcemy konsumować i wciąż zdobywać, podczas gdy nie potrafimy cieszyć się z dopiero zdobytej rzeczy. Nowe auto cieszy chwilę, nowe ubrania czasami jeden dzień. I znów chcemy czegoś nowego. Jeżeli nam coś nie pójdzie w pracy – szukamy winnych. Jak się przeinwestujemy – po trupach próbujemy wybrnąć poprzez zrzucenie na kogoś odpowiedzialności. Nie chcemy ponosić konsekwencji wyborów i własnych błędów, dlatego znajomy profesor prawa powiedział mi niedawno, że ludzie dzisiaj sądzą się o marchewkę i robią z tego prawie światowy konflikt.

Ego jest rozdmuchane, krzywdzące oceny łatwo wydawane, prawda nie jest ważna – liczy się szum. To wszystko zabiera nam spokój, o który wręcz trzeba obecnie zawalczyć. Zamiast usiąść do stołu i rozmawiać – krzyczymy na siebie i nikt nie może się usłyszeć, a co dopiero wysłuchać. Mamy do przepracowania ważną i podstawową lekcję dialogu i jeżeli tego nie zrobimy – nie odnajdziemy spokoju jako społeczeństwo i jako świat. To samo jest w gospodarce, polityce, biznesie i w rodzinie. Jeżeli ludzie potrafią rozmawiać – problemy się rozwiązuje. Do tego należy dodać szacunek, akceptację i umiejętność słuchania. To wszystko. Nie trzeba mieć koniecznie takich samych poglądów, uczuć i temperamentu. Jesteśmy różni, ale bez szacunku do drugiego człowieka – świat nie przetrwa.

  Kim jesteśmy lub kim się staliśmy ? Drapieżnikami, którzy próbują zagryźć drugiego człowieka – bo inaczej myśli, widzi, wierzy… Czy nie na różnicy pomiędzy ludźmi i tej wspaniałej różnorodności oparty jest świat…? Czy to, że idę do Kościoła lub do niego nie idę – sprawia, że natychmiast staję się czyimś wrogiem…? Czy jeżeli chcę przekonać kogoś do swojego punktu widzenia – nie powinnam używać argumentów, opanowywać emocji, dawać dobrego przykładu, aby moje wartości były podziwiane i naśladowane…? Czy hipokryzja nie zostaje natychmiast zauważona nawet przez dzieci, a cóż dopiero przez dorosłych i dojrzałych ludzi…? Czy tak naprawdę krzyczymy i wyzywamy się obraźliwie, bo nie podoba nam się czyjeś spojrzenie na świat, ingerencja w naszą przestrzeń – czy jest to jednak tylko dobry pretekst, aby uruchomić lawinę nienawiści, agresji, złości, która w nas się skumulowała…? Skąd jej tak wiele w ostatnich latach ? Czy to, co obecnie obserwujemy to skutek czy przyczyna…?

 Jeżeli chcemy uczciwie spojrzeć na nasze ulice, nasze otoczenie, naszych sąsiadów i społeczeństwo – warto popatrzeć szerzej na obecny świat…Żyjemy w czasach ogromnego, rozdmuchanego konsumpcjonizmu. Samochody uważane są za stare po 4 latach od wyjazdu z salonu, iphone jest do wymiany po 2 latach, ubrania po jednym sezonie, żona lub mąż – w zależności od okoliczności… Przedmioty żyją tylko chwilę, a programy telewizyjne znikają wraz z ostatnim słowem prezentera…Nie czekamy na nic długo, nie cieszymy się oczekiwaniem, nie wyobrażamy sobie, jak będzie cudownie, nie cieszy nas droga, nie ćwiczymy cierpliwości i charakteru – bo interesuje nas tylko szybki, natychmiastowy, odurzający cel… choćby po czyimś trupie, ludzkiej krzywdzie… Na terapiach ludzie słyszą : liczysz się Ty, nie Twoją rolą jest unoszenie emocji drugiego człowieka… I to wszystko w pewnym stopniu jest psychologiczną prawdą. Problem polega jednak na tym, że wielu z nas odczytuje to jako zaproszenie do totalnego egoizmu, a nie pracy nad sobą… I efekty są niebywałe – każdy krzyczy : liczę się JA…tylko jak to JA w milionach połączyć w jedną całość, skoro ziemia jest jedna i trzeba na niej się porozumieć…

Jak wielu z nas myśli po cichu, że ma właściwie wszystko, co jest nam potrzebne, ale przecież trzeba iść dalej, żeby nie stanąć w miejscu, bo to już cofanie się… Sąsiad wybuduje większy dom, kupi nowszy samochód, pojedzie na kolejne egzotyczne wakacje, a my przecież nie możemy zostać z tyłu, na swoim ogródku – choć generalnie bardzo mamy na to ochotę, ponieważ daje nam to spokój i zwykłą, codzienną radość…

 Jednak pociąg jedzie szybko i coraz dalej…Dzieci słyszą w szkole błyskotliwe uwagi nauczycieli : dlaczego Wy nie macie żadnego hobby…? Siedzicie tylko przy komputerach… I szczera odpowiedź nastolatka : kiedy mamy mieć czas na hobby, skoro siedzimy 8 godzin na lekcjach, po szkole mamy same zadania domowe, a w międzyczasie próbujemy chociaż przez moment złapać kontakt z rówieśnikami na komunikatorze, bo nie zdążymy się spotkać…W obecnej sytuacji zmuszone do patrzenia w ekrany przez cały dzień natychmiast wyłapują hipokryzję dorosłych…

   Mamo, żebym mogła nic nie robić, nie mieć tylu lekcji, nie słyszeć, że nic nie osiągniemy, jak nie zdobędziemy tylu punktów na egzaminie…Mamo, żebym mogła po prostu posiedzieć i się ponudzić bez poczucia z tyłu głowy, że wciąż nie zdążam z niczym…Pęd, gonitwa, świat wyścigu pomiędzy kołyską a trumną…

   Kim jesteśmy ? Czy nie wystarczą wojny, historia i pamięć pokoleń jako przestroga, aby znów nie zataczać koła i nie wywracać świata do góry nogami…? Czy znów najważniejsze będzie każde JA, zamiast spokojne, mądre, wyważone MY…? A gdyby powiedzieć STOP – tak teraz, kiedy wydaje się to już niemożliwe…Gdyby powiedzieć : wysłuchajmy się z szacunkiem, z argumentacją, pozwólmy sobie mówić wzajemnie…a gdyby powiedzieć: Szanuję Cię, choć uważam inaczej i chcę Ci wytłumaczyć dlaczego…

Nie, nie można zatrzymać frustracji, złości, nienawiści jeżeli nie dotrzemy do przyczyny tych uczuć…a jedną z nich jest konsumpcjonizm, zerwanie relacji pomiędzy ludźmi, pogląd, że słowo nie jest ważne jeżeli w grę wchodzą interesy i pieniądze. Nie, nie zatrzymamy fali niebywałej wręcz pogardy dla drugiego człowieka jeżeli nie wrócimy do szacunku dla przyrody, ziemi, natury, zwierząt, słabszych – bo człowiek jest kimś więcej niż tylko drapieżnikiem. Opieramy się jako gatunek na kilku podstawowych fundamentach i potrzebach – dach nad głową, rozmnażanie, pożywienie, pozycja społeczna, poczucie bezpieczeństwa. Na tym podświadomie budujemy. Do tego jednak dochodzi szereg pobocznych potrzeb, które wynikają z tych podstawowych. Skoro pozycja społeczna – to także relacje, współpraca, ludzie. Skoro dach nad głową – to wsparcie, pracownicy, specjaliści. Jeżeli poczucie bezpieczeństwa – jak to zaspokoić przy wrogości w domu, sąsiedztwie, w kraju i na świecie ? Skoro rozmnażanie – to byt naszych dzieci, posiadanie ich, utrzymanie. Jak to zrobić bez miłości, troski, poświęcenia ? A wszystko to wymaga empatii, kompromisu, dialogu i SZACUNKU do drugiego człowieka.

Czy jestem zwolenniczką rezygnacji z każdej walki, obrony swoich wartości, tradycji ? Absolutnie. Kiedy nie ma wyjścia, kiedy jesteśmy krzywdzeni, zaatakowani, kiedy nasz dom, dzieci, byt, wartości są brutalnie niszczone, deptane – musimy się bronić. Czy jednak nie jest tak, że obecnie każdy czuje się tak łatwo skrzywdzony? Czy nie należy rozmawiać o tym, co jest obiektywne, a nie tylko o tym, co subiektywne ? Czy przez subiektywne odczucia można od razu wywoływać wielkie przewroty…?

   Gdyby tak powoli spojrzeć na to, co się dzieje jako na transformację…gdyby popatrzeć, że jakiś etap świata właśnie się kończy… gdyby wrócić do wartości, które dają człowiekowi po prostu spełnienie…? Gdyby znów kochać i trzymać kogoś za rękę w momencie, kiedy moglibyśmy lecieć na drugą półkulę po kolejny kontrakt i cyferki na kontach…gdyby wybrać wieczór z dziećmi zamiast eventu, który tak niewiele wniesie…gdyby powiedzieć : lubię moje mieszkanie, moje auto, moje życie i nie chcę go zmieniać, choć świat każe a sąsiad bacznie obserwuje… gdyby uznać, że kocham takie niedoskonałe, ale moje życie i chcę je znów celebrować… patrzeć w gwiazdy bez stresu, że przecież rano trzeba zacząć gonitwę, gotować i cieszyć się swoją obecnością…gdyby wysłuchać, co ma nam do opowiedzenia dziadek, babcia – choć ich historia jest przecież taka niby nieaktualna…gdyby przytulić psa, zapalić naturalną świecę w której soja i sosna syberyjska pozwalają nam przenieść się w dziewicze lasy za Uralem…gdyby w domu zrobić klimat spokoju, pięknych ozdób i dbać o to, co do niego wpuszczamy… gdyby przestać nakręcać się lękiem, słuchać w uzależnieniu wiadomości, czytać ile to zła w drugim człowieku, a popatrzeć, że świat idzie mimo wszystko naprzód, a my – będziemy niedługo wspomnieniem jak inne pokolenia… a zostanie po nas to, co zrobiliśmy dla świata i bliskich…gdyby po prostu zatrzymać się na chwilę i zadać sobie szczere pytanie : czego ja chcę, a nie czego ode mnie oczekują… jak wielu z nas nie umie odpowiedzieć na tak ważne, a tak proste pytanie….

Gdyby przestać zachowywać się jak typowy drapieżnik, który wbija agresywne kły w drugiego człowieka, a później cierpi z samotności… a wejść wyżej na drabinie rozwoju i być człowiekiem mądrym, świadomym, dojrzałym, potrafiącym opanować emocje, zachowującym klasę i kulturę a jednocześnie potrafiącym asertywnie dbać o swoje dobro, poglądy i życie…

A gdyby demokracja, choć najbardziej nieidealna z ustrojów stała się dla nas prawdziwym elementem życia… bo obecnie zaczynamy dążyć do dyktatury milionów jednostek, gdzie rządzić i krzyczeć chciałby każdy, a odpowiedzialności i konsekwencji ponosić nie chce nikt…

Nie politycznie, ale życiowo : czy jestem człowiekiem, z którego jestem dumny, nie muszę się wstydzić i chciałbym, aby moje czyny analizowały za wiele lat moje dzieci…? Czy jestem jeszcze po prostu CZŁOWIEKIEM dla drugiego CZŁOWIEKA? Już najwyższy czas, abyśmy zastanowili się, jak wiele robimy dla zdobycia tego, czego nie potrzebujemy… Czy umiem jeszcze wyłączyć radio, telewizor, pójść w ciszy na spacer i zastanowić się : jakie jest moje własne zdanie? Nie świata, nie ludzi – MOJE ZDANIE. Życzę nam umiejętności budowania dialogu oraz mądrości – żebyśmy nasz świat budowali od nowa na spokoju, prawdziwych potrzebach i ludzkiej dojrzałości.

Agnieszka Zydroń

Agnieszka Zydroń

Psychologia w biznesie ( Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie)
Kulturoznawca, rosjoznawca ( Uniwersytet Jagielloński w Krakowie)
Licencjonowany pośrednik ( S2/2/P/2016 ) obrotu nieruchomościami
Polskiej Federacji Rynku Nieruchomości ( CEPI )
Certyfikat ukończenia Certyfikowanego Szkolenia Change Management In
Progress ( Psychologia procesu zmiany)
Praktyk w branży obrotu nieruchomościami ekologicznymi
oraz wymiany handlowej z Rosją
Autorka 3 książek oraz dziesiątek artykułów do prasy kobiecej oraz
biznesowej
Częsty gość programów telewizyjnych i radiowych

Agnieszka Rylik Chcesz być szczęśliwa czy podziwiana jako trup człowieka i cień samej siebie… czyli odpuść i pozwól sobie na zwykłą słabość.

Agnieszka Rylik Chcesz być szczęśliwa czy podziwiana jako trup człowieka i cień samej siebie… czyli odpuść i pozwól sobie na zwykłą słabość.

Ludzie podziwiają sportowców z pierwszych stron gazet, ale także są najlepszymi trenerami za ekranami telewizorów. Wiedzą, jak słabo ktoś się przygotował, jak stał się leniwy, jak gwiazdorzy – skoro nie udała mu się tak łatwa akcja na boisku, na ringu… myślą, że sport wyczynowy to codzienna, standardowa aktywność człowieka, podczas gdy jest dokładnie odwrotnie. Podobnie jest z wszystkim, co przestaje być składową życia, a staje się całym powietrzem, którym oddychamy…Ludzie poświęcają czemuś całe życie, aby osiągnąć szczyty. Tak łatwo ocenia się wielkie pieniądze zapominając, ile lat człowiek na to pracował, ile zaryzykował, ile poświęcił.

Wyczynowy sport to horror. Myślę, że nie ma sportowca, który nigdy nie miał doła. Wielu przeżywało depresję. Nie radziło sobie z ciężką kontuzją czy niespodziewaną porażką. Zachęcam do sportu. Bawcie się nim, ruszajcie się. Nie zachęcam natomiast do sportu wyczynowego.Kiedy mam spotkania z dziećmi, mówię im, że sport to nie wszystko. Myślcie o nauce, o zainteresowaniach innych niż sport. Zawodowy sport to mordowanie organizmu, męczarnia, poświęcenie. 

A przecież sport ma być przyjemnością, ma być zdrowiem. Należy słuchać organizmu. Nie masz ochoty dzisiaj trenować i czujesz to całym sobą, to tego nie rób. Nie walcz z tym. To zawodowiec musi iść się katować i przesuwać granice swoich możliwości. A jeśli nie jesteś zawodowcem, odpuść sobie. Pobaw się z dzieckiem, poczytaj sobie coś, idź na spacer, do kina. To zawodowcy muszą się dręczyć, nie ty. To ich zawód, nie twój. Cieszę się, że ludzie biegają, jeżdżą na rowerze, dbają o siebie. Ale trzeba znać granice. Niestety, dominuje tendencja do zadręczania się. Wpadł mi ostatnio w ręce wywiad ze mną sprzed kilku lat. Skarżę się w nim, że kiedy biegnę, słyszę jak ludzie i ironicznie krzyczą: „Hop, hop, hop, hop!”. Czy teraz ktoś krzyczy podobnie? Nie, bo wszyscy biegają. Powiedziałam wtedy, że mam nadzieję, iż przyjdzie moda na sport i poranny widok biegaczy będzie normalnym, powszechnym zjawiskiem.

Okazałam się prorokiem, zresztą nie tylko ja o tym mówiłam. Tyle że teraz poszło to w drugą, tę złą stronę. Nie ma umiaru. Moja była sąsiadka biegała dużo, nawet maratony. Pytam ją, dlaczego nie biega po pięknej Puszczy Kampinoskiej? Odpowiedziała, że się boi. Biegała po chodniku, przy drodze, po betonie. Czy to jest zdrowe? Czy to jest przyjemne? Kolega (o dość znanej twarzy i równie znanym nazwisku) skończył Iron Mana. Jestem pełna szacunku dla niego, ale na zdjęciu po zawodach widzę trupa. Nie człowieka z żelaza, tylko wycieńczonego do granic możliwości skazańca. Dwa miesiące będzie dochodził do siebie. Rozumiem satysfakcję, że dokonał czegoś wielkiego. Ale ja chcę widzieć, jak na mecie staje z zaciśniętą pięścią i mówi: „Tak, to ja. Ja to zrobiłem”. Fotografia przedstawia jednak całkiem inną rzeczywistość. Zastanawiam się wtedy, po co to wszystko. Ludzie nie zdają sobie sprawy, że tracą w ten sposób zdrowie. Pokazałam koledze reportaż o biegaczach, którzy pokonali cztery pustynie. Jeden zmarł, inny ma odmrożone nogi. Kolega mówi: „Zajebiste”. Ostrzegłam go, że jeśli wpadnie na podobny pomysł, to poproszę kogoś, by przetrącił mu kolano. Nie udało się. Zaczął starty w biegach dwudziestoczterogodzinnych. Dzięki temu brakuje mu czasu na wszystko, również na spotkania ze znajomymi. Kiedyś nie przyszedł, bo zasnął. Nic dziwnego – przebiegł kilkadziesiąt kilometrów, to zasnął. Tu się kończy zdrowy sport, a zaczyna przesada. 

  Kolejne niebezpieczeństwo rodzi się wraz z rodzicielstwem. Rozmawiałam kiedyś o tym z Krzysztofem Hołowczycem. Gdy zostaje się rodzicem, zmienia się nieco podejście do życia i sportu. Krzysztof mówił: „Przycisnąć pedał gazu na zakręcie czy nie ryzykować? Jest zagrożenie: trójka dzieci zostaje bez ojca. Ale nie można tak myśleć, bo to koniec sportowca”.Ja z kolei nie wyobrażałam sobie siebie w walce, gdybym była matką. Psychicznie bym sobie nie poradziła. Wystarczyło, że wyobraziłam sobie, że moje dziecko akurat ma gorączkę i musi pójść do szpitala. A ja właśnie mam wtedy walkę (pojedynki mistrzowskie toczy się średnio raz na pół roku), do której się ciężko przygotowywałam i pracował na nią sztab ludzi. Nie da rady. U mnie zawsze wszystko musiało być w porządku, spokojnie, bym mogła walczyć. Rodzina musi być blisko, wszystko musi być poukładane. Zawsze otaczałam się grupą ludzi, zawsze chciałam mieć się do kogo przytulić i zawsze miałam priorytety. Najważniejsza jest rodzina i normalne życie – sport jest tylko dodatkiem. Wciąż powtarzam, że nie można mu poświęcić wszystkiego, bo to może się źle skończyć. Ciężka kontuzja i koniec marzeń. Pociąg odjeżdża i zostaje normalne życie. Trzeba sobie z nim poradzić, wcześniej nie zaniedbując jego układania. Szkoła, wykształcenie – to niezbędne zaplecze. Dlatego zawsze twierdziłam, że na dziecko przyjdzie czas po zakończeniu kariery sportowej.

Sport wyczynowy to poświęcenie na granicy wytrzymałości – takie ma założenie. Mamy pokonywać siebie. I jest to piękne. Kiedy jednak zaczynamy tracić zdrowie – warto zastanowić się nad priorytetami. To nie jest dla każdego. Sport powinien służyć zdrowiu, samopoczuciu, a nie katowaniu organizmu. Każdy, kto nie jest zawodowym sportowcem – powinien korzystać z ruchu dla przyjemności pamiętając, że pokonywanie swoich rekordów nie posłuży niczemu oprócz wycieńczenia. Przyniesie to odwrotny skutek i zamiast poprawiać zdrowie – zaczniemy je tracić. Czy można przesadzić ze sportem nie będąc sportowcem? Naprawdę jest wiele przykładów, że jak najbardziej. Mądry ruch to najwspanialsza aktywność i przy niej pozostańmy.

Agnieszka Rylik

Agnieszka Rylik

najbardziej utytułowana polska bokserka, mistrzyni świata w boksie zawodowym, posiadaczka dwóch pasów federacji WIBF i WIBO, wielokrotna mistrzyni świata i Europy w kick-boxingu, reporterka i prezenterka telewizyjna, aktorka, pisarka i osobowość medialna.

Iwona Guzowska Pokochaj zmiany

Iwona Guzowska Pokochaj zmiany

  Usiadłam na skrawku pustej podłogi, wyczerpana, bliska płaczu. Ze zmęczenia, z bezsilności ale chyba głównie z powodu chaosu, który mnie otaczał. Wszystko wyglądało jak pobojowisko, w które ktoś jeszcze wrzucił granat. Kartony piętrzyły się wokół mnie, a na niebieskie, plastikowe torby zerkałam z obrzydzeniem. I jak ja mam to wszystko ogarnąć? Po co mi to całe zamieszanie? Zachciało mi się przeprowadzki, chociaż obiecałam sobie , że już nigdzie się nie ruszę z mojego ukochanego gniazda. A już na pewno nie do Warszawy!

Bo jak miałabym zamienić cudowne lasy Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego , zieloną przestrzeń pełną dźwięków wydawanych przez rozśpiewane ptaki, świerszcze i żaby na betonową dżunglę spowitą smogiem?
Na te zmiany zapowiadało się od pewnego czasu. Tym razem jednak, powodem były nie moje ambicje, ale marzenia mojego męża. Skoro miał okazję je spełnić powiedziałam – zrób to, pojadę z Tobą. Trzynaście przeprowadzek…no cóż, przeżyję i kolejną – myślałam. Ale kiedy sama, wykończona, obolała, brudna, głodna (bo kiedy wpadam w amok roboty, nie myślę o takich przyziemnym sprawach, jak picie czy jedzenie – szkoda mi czasu),siedziałam w samu środku potwornego bałaganu – miałam ochotę teleportować się na najodleglejszy koniec świata – byle daleko od miejsca w którym się znalazłam.
Zamiast się rozpłakać stwierdziłam, że na to też szkoda mi czasu. Niewiele mi to da, zabierze czas i siły, których tak teraz potrzebowałam. No i wstałam, żeby rozprawić się z zawartością otaczających mnie toreb, torebeczek, kartonów i pudełek. Przestrzeń wokół mnie zmieniała się z godziny na godzinę, by wreszcie po czterech dniach być wystarczająco przyjazna. Rano liźnięciem po nosie obudził mnie kot, który chyba jeszcze bardziej przeżył szok związany ze zmianą. Wstałam, przeszłam się po wynajętym mieszkaniu i uśmiechnęłam się. Wreszcie zobaczyłam zmiany. Przyjemne dla oka, efekt mojej kilkudniowej pracy (ze względu na tą swoją wymarzoną pracę, mąż nie mógł mi pomóc w całej przeprawie i dlatego musiałam ogarnąć to sama). Byłam z siebie naprawdę dumna.

Dlaczego o tym piszę? Bo zmiany są nieodłączną częścią życia. I nie należy się ich bać. Tak, przyznaję było mi dobrze i wygodnie w moim domu, wśród bliskich i przyjaciół. Powtarzałam, że to jest moja przystań, której nie mam zamiaru zamieniać na nic innego. Wyprowadzka w ogóle nie wchodziła w rachubę, ale kiedy jednak pojawiło się jej widmo – mogłam zrobić dwie lub trzy rzeczy. Odwodzić męża od zmiany pracy, albo zaproponować życie na odległość. Trzecia – mogłam postawić ultimatum – albo ja, albo praca. Żadna opcja nie jest dobra, bo każda z nich godzi w podstawowe wartości, którymi się kieruję. Pierwsza to wolność. Odbieranie jej komukolwiek bez względu na to, czego dotyczy jest niedopuszczalne w moim kodeksie. W związku z tym musiałam wyjść ze swojej strefy komfortu , wynająć swoje ukochane mieszkanie i zamieszkać w obcym, również wynajętym – mieście, którego nie wybrałabym na miejsce swojego życia. Życiowe zmiany? O tak. Spory wstrząs. Zwłaszcza, kiedy kręcący głową syn smutno powiedział „Nie wierzę, mama się wyprowadza.”

Wyprowadza – owszem. Ale nie opuszcza tych, których kocha. To ważne. Całe moje życie to ciągłe zmiany i to najczęściej wstrząsające całym moim światem w posadach. Jednak z perspektywy czasu każda z nich była ważna i dobra. Na początku, niektóre zmiany wydają nam się końcem świata. Wywołują ból, łzy, żal, a nawet rozpacz. Ale to mija. Czas płynie a my odkrywamy siebie w nowej rzeczywistości, którą przecież sami kreujemy. Zmiany są potrzebne chociażby po to, żeby przewietrzyć swoje życie, pozwolić poczuć mocny podmuch wiatru, który uniesie nasz latawiec wysoko pod niebo. Czego się spodziewam? Niczego. Skupiam się na tym, by to co mam do zrobienia robić jak najlepiej. Nieustannie. I po tym, kiedy najpierw zmagałam się z żalem opuszczenia swojego gniazda, złością że zabieram swoje życie z wybranego przez siebie miejsca i wreszcie totalnym wyczerpaniem i bałaganem związanym z przeprowadzką – przyszedł spokój. I pojawiło się radosne wyczekiwanie na to, co przyniesie kolejny dzień w nowym miejscu. Cieszę się z każdego drobiazgu, który odkrywam wokół. Wczoraj wieczorem, kiedy tylko na chwilę wyszłam wynieść śmieci – zamiast od razu wrócić do mieszkania – pociągnięta zapachem kwitnących drzew, przespacerowałam się po okolicy. I odkryłam że jest cicha, ładna i przyjemna. Nie mogę jej porównać do tego, co miałam w Gdańsku, ale też jest dobrze. Z radością czekam na powrót męża. A przecież to będzie kolejna zmiana.

Czekają Cie zmiany, których nie planowałaś ? Których nie chcesz? Zwłaszcza teraz dzieje się mnóstwo dziwnych rzeczy, pandemia strachu opanowała tak wielu ludzi. Tracą z dnia na dzień poczucie kontroli, bezpieczeństwa. Kolejny raz musimy żyć w narzuconej przez kogoś odległości od siebie, nie możemy robić tego, co kochamy, kiedy i jak chcemy. To są zmiany, które nikomu z nas nie pasują – a i tak przychodzą. Jednak to od Ciebie zależy, jak je wykorzystasz. A co, jeżeli od dawna zastanawiasz się nad jakąś konkretną zmianą, a nawet czujesz ogromną potrzebę coś zmienić – po prostu zrób to. Nie bój się i nie zastanawiaj, jak to będzie. Nigdy nie będziesz musiała rozmyślać o tym, że żałujesz, ponieważ czegoś nie zrobiłaś. Zmiany przynoszą świeżość, dają nową perspektywę. Zmieniasz dietę? Zmieniasz styl życia na zdrowszy? A może warto zmienić coś więcej? I nie martw się tym, co powiedzą, albo pomyślą inni. To nie twój problem. Otwórz się i odkrywaj siebie na nowo. Twórz swoje życie jak artysta , który został natchnięty dawno wyczekiwaną weną.
Pokochaj zmiany a one przyniosą Tobie to co najlepsze!

Iwona Guzowska

Iwona Guzowska

Trenerka biznesowa i mentorka rozwoju, certyfikowana terapeutka metody TimeLineTherapy®, autorka książki „Najważniejsza decyzja”, była posłanka na sejm (VI i VII kadencji). Najbardziej znana jako mistrzyni świata i Europy w boksie zawodowym i kick-boxingu. Zorientowana na dążenie do celu, ale zawsze trzymająca się zasad fair play i budowania dobrych relacji z otoczeniem. Kobieta, żona, matka, teściowa i zachwycona babcia.

Iwona Guzowska MOC, która jest w Tobie

MOC, która jest w Tobie

Na początek zadam Tobie pytanie : Czy kiedykolwiek widziałaś kreskówkę o trzech niezwykłych i walecznych dziewczynkach pt. „Atomówki”? Ja je uwielbiam ! Mam nawet t-shirt z tymi słodko-niebezpiecznymi maleństwami.

Bójka (w oryginale Blossom ), odziana w różową sukienusię super mądrala (nawet nieco zarozumiała), rozwiązuje wszelkie problemy używając przede wszystkim myślenia. Jeśli jednak logika nie dociera do przeciwników ,rozwala ich koncertowo podczas walki . Jest świetnym taktykiem i do tego potrafi zamrozić oddechem. 

Bajka (Bubbles), najsłodsza z całej trójki, dziewczynka w niebieskiej sukience. Jest dziecinna i bardzo wrażliwa, dlatego łatwo ją zranić. Potrafi się cieszyć najmniejszymi drobiazgami co sprawia, że to właśnie ona czerpie najwięcej radości z życia. Jest wrażliwą artystką , kocha rysować zwierzaczki. Zresztą rozumie je wszystkie bo potrafi porozumiewać się w każdym języku. Jako jedyna potrafi rozwiązywać problemy bez użycia siły. Ale jak już wpadnie w złość (a zdarza się jej to niezwykle rzadko) jest brutalna i cyniczna jak mało kto.

I trzecia z tej kolorowej bandy Brawurka (Buttercup) . Dziewczynka w zielonej sukience to istny szatan. Nie interesują jej żadne dziewczęce zabawy, o nie! Kręci ją tylko to, co jest pełne akcji np. doskonalenie walki. Przy tym jest złośliwa i sarkastyczna, jej jedyną umiejętnością jest zwijanie języka w trąbkę. W przeciwieństwie do swoich sióstr -specjalnej mocy nie posiada a wszystkie problemy rozwiązuje siłą.

Dlaczego o tym napisałam? Nie dlatego że dziecinnieję na starość (chociaż… tej opcji wykluczyć nie mogę 😉 ).

Otóż, okazuje się , że każda z nas może być taką super dziewczyną! Jak to ? No tak, zwyczajnie! Kiedy czytałaś opisy każdej z nich znalazłaś trochę z siebie? Bo ja owszem! I po głębszym zastanowieniu odkryłam , że jestem jak te szalone superbohaterki! Mam wszystkie moce, które mają one. No dobrze, może poza jedną rzeczą – lodowym oddechem. Przyznaję, nie posiadam tej super mocy i podejrzewam, że Ty również jej nie posiadasz. Jednak cała reszta to cała Ja! To cała TY!
I już słyszę twój głos : No tak, ale ty Iwona to jesteś mistrzynią świata w boksie, kick-boxingu. Potrafisz przywalić. Faceci się ciebie boją i żaden ci nie podskoczy. W ogóle jesteś silna, więc tobie łatwo mówić.
Nie masz pojęcia ile razy to słyszałam. Tak, jestem silna, potrafię przywalić i to solidnie . Ale nikt mi tego nie dał. Wszystko sobie sama wypracowałam. I charakter i sprawne ciało. I nic nie stoi na przeszkodzie, byś Ty mogła zrobić to, co tylko wymyślisz.
Nie, no teraz to już Iwona przesadziłaś! A właśnie że nie. Teraz będę bardzo poważna i zadam kilka pytań.
Twoja wiedza i umiejętności pozwalają Tobie być samodzielną, przebojową dziewczyną? Skończyłaś szkołę jedną, drugą a nawet trzecią? Masz pięć dyplomów? Zarabiasz pieniądze? Pracujesz po czym lecisz do domu zadbać o tych, których kochasz? Wymyślasz i przyrządzasz dania jak prawdziwa artystka? Nadal potrafisz się śmiać i bawić jak dziecko? Masz głowę pełną marzeń? A kiedy dzwoni zapłakana przyjaciółka lecisz z pomocą? I rozumiesz ją jak siebie samą? Kiedy patrzysz w oczy swojego pupila masz wrażenie, że wiesz o czym myśli? Że potrafisz się z nim porozumieć chociaż nie miauczysz lub nie szczekasz? Po cholernie ciężkim dniu w pracy idziesz na fitness, machasz kończynami do utraty tchu albo biegniesz przed siebie, chociaż jeszcze godzinę wcześniej nie miałaś siły żeby wstać z fotela?
A kiedy w twoim życiu zdarzyło się coś złego? Potrafiłaś przetrwać największe życiowe zawieruchy? Miałaś siłę podnieść się z kolan i iść dalej, chociaż jeszcze przed chwilą leżałaś na dnie najgłębszego i najczarniejszego dołu?
Oczywiście, że na każde pytanie możesz odpowiedzieć TAK. Zaskoczona? Jedziemy dalej.
Jestem pewna, że tak samo odpowiesz na mniej wygodne pytania np. o to czy zdarzyło się Tobie obgadywać Ankę z księgowości albo Milenę, swoją szwagierkę. Czy bywasz złośliwa i wredna? A ile razy ciskałaś piorunami na każdą „ladacznicę”, która kręciła się jak bączek przy twoim facecie. I doskonale wiesz, że gdybyś tylko sama spuściła się ze smyczy przyzwoitości i rozsądku, rozszarpałabyś ją bez zastanowienia.
No więc czego Tobie brakuje do tego, żeby być superbohaterką? Sama widzisz, NICZEGO! A jeżeli nie umiesz walczyć pójdziesz na judo, boks, karate albo kick-boxing, i tak jak ja będziesz umiała fachowo przywalić komuś w kły. Tylko… to wcale nie jest konieczne.
Teraz spójrz na siebie inaczej – spójrz na siebie jak na kogoś wyjątkowego bo masz MOC. Prawdziwą. I tylko od Ciebie zależy co z nią zrobisz, jak ją rozwiniesz i ukierunkujesz. Możesz ją schować w kredensie za szmatami, ale tak samo możesz ją wyjąć i zacząć szlifować jak diament.
Co to znaczy? Na początek wystarczy jeśli zaczniesz eliminować złość, frustrację a wzmacniać swoje talenty. Naucz się kochać, szanować i doceniać siebie.
Zanim się spostrzeżesz będziesz kochać, szanować i doceniać cały świat, a on odpłaci Tobie tym samym. Jak to zrobić? Myślę, że już to wiesz, ale chętnie wrócę do tego tematu, żebyśmy wspólnie mogły odkrywać i wzmacniać swoje super moce. Pokażę Tobie proste narzędzia, które krok po kroku zmienią twoje życie. To się bardzo przyda, zwłaszcza w tych dziwnych i niepewnych czasach w jakich przyszło nam żyć od marca 2020 roku.

 

Iwona Guzowska

Iwona Guzowska

Trenerka biznesowa i mentorka rozwoju, certyfikowana terapeutka metody TimeLineTherapy®, autorka książki „Najważniejsza decyzja”, była posłanka na sejm (VI i VII kadencji). Najbardziej znana jako mistrzyni świata i Europy w boksie zawodowym i kick-boxingu. Zorientowana na dążenie do celu, ale zawsze trzymająca się zasad fair play i budowania dobrych relacji z otoczeniem. Kobieta, żona, matka, teściowa i zachwycona babcia.

Relacje z samym sobą jak… wpływają na innych.

Relacje z samym sobą jak... wpływają na innych.

Temat relacji jest obszerny, trudny, satysfakcjonujący, stresujący. Dotyka i miesza się z życiem prywatnym, czasem nie daje spać. Siła oddziaływania jest często wprost proporcjonalna do siły zaangażowania. Dochodzę do wniosku, że relacja jest dokładnie taka sama w drugą stronę, czyli nasze relacje w życiu prywatnym odbijają się na relacjach w biznesie. Postanowiłem więc zamieścić zlepek historii, wydarzeń, cytatów i postaci, które wpłynęły u mnie na większe zrozumienie przede wszystkim samego siebie. To jest klucz do zdrowych, co nie znaczy, że łatwych, relacji z innymi ludźmi i tym zlepkiem różnych osobowości, którymi jesteśmy.

Nie jesteś odpowiedzialny za emocje innych ludzi

Można by nawet powiedzieć, że powyższe zdanie trąci egoizmem. Pewnie trochę tak jest. Niemniej działa to w dwie strony, a to już zupełnie inna bajka. Niezależnie od naszych intencji, jest bardzo długa droga od tego, jak wszystkie nabyte przez nas doświadczenia wpłynęły na to, jaki komunikat wyjdzie od nas, przejdzie kolejno przez wszystkie filtry i nieznane nam interpretacje naszego rozmówcy i jak zostanie odebrany. Tym bardziej w sytuacji, w której jesteśmy oceniani lub nasz rozmówca może czuć się oceniany przez nas, co w sytuacjach biznesowych występuje dosyć często. Żeby jednak nie dać się ponieść własnej interpretacji czyichś słów, powinniśmy trenować zdolność do obserwacji własnych emocji

Jaki charakter ma moja myśl? Czemu ona służy?

Kilka lat temu miałem styczność z kilkoma tybetańskimi mnichami, których misją była promocja na zachodzie swojej kultury. Na marginesie dodam, że jeden z nich zapytany o to, co najbardziej podoba mu się w Polsce wskazał na dwa elementy. Odpowiedź pozostawiam Państwa domyślności i podpowiadam, że obydwie te rzeczy zupełnie nie kojarzą się z tym, z czym mogliby kojarzyć się mnisi. Wracając do sedna, spotkanie to było jednym z moich pierwszych doświadczeń związanych z ćwiczeniami na koncentrację, które rozszerzyłem o takie elementy, jak liczenie sekund przy wdechach i wydechach. Proste i bardzo skuteczne narzędzie do używania codziennie. Dzięki temu nabieramy dystansu. Jest takie porównanie, że emocje są jak fale, na których się unosimy. Dzięki zwiększeniu koncentracji, jesteśmy w stanie zanurzyć się i obserwować fale z dystansu. One nie zniknął, ale nie muszą decydować o naszym zachowaniu. Idąc dalej jesteśmy w stanie zacząć się przyglądać naszym reakcjom a przede wszystkim myślom. Umiejętne odpowiedzenie sobie na pytanie, czemu służą nam nasze aktualne myśli i jaki mają charakter jest jak strażnik przepuszczający tylko wartościowych gości.

Potrzebuję, żebyś Ty…

Kolejnym elementem, który jest kluczowy w relacjach z innymi i z samym sobą jest zrozumienie potrzeb. Największe odkrycie w tym temacie dostarczył mi Marshall Rosenberg i opracowana przez niego metoda Nonviolent Communication. Ma to ciekawy związek z podstawową zasadą zarządzania, która mówi, że jeśli komuś zlecamy cokolwiek do zrobienia, należy wyjaśnić, dlaczego jest to ważne. Szczególnie w biznesie potrzebny jest do tego jeden element. Zaufanie. Dużo łatwiej będzie nam rozmawiać, czy to z dostawcą, z klientem, z współpracownikami, jeśli będziemy w stanie określić i przekazać czego nam potrzeba oraz wysłuchać i zrozumieć, czego potrzebuje druga strona. Możemy użyć parafrazy, czyli powiedzieć „czy dobrze rozumiem, że potrzebujecie…”. A w drugą stronę dobrym pytaniem pomocniczym jest „co zrozumiałeś z tego co powiedziałem”? Dużo lepsze niż „czy zrozumiałeś”. Bo odpowiedź na to drugie, może brzmieć „tak” i w dalszym ciągu pewności nie ma. W ten sposób, często sami w trakcie rozmowy dochodzimy do faktycznych potrzeb i jesteśmy w stanie wspólnie wypracować z drugą osobą satysfakcjonujące rozwiązanie. Jednak rozmówca może mieć zupełnie inny styl komunikacji. Na drugim biegunie może być zaproszenie do gry handlowej, czyli jak zrobić, żeby jedna strona miała więcej kosztem drugiej. W takim układzie można do gry dołączyć, traktować ją nawet jak pewnego rodzaju rozrywkę i czerpać z tego przyjemność. Kluczem jednak jest szybkie zdanie sobie sprawy, czy gramy w otwarte karty potrzeb, czy prowadzimy walkę o teren. Wtedy jesteśmy w stanie zareagować i finalnie wybrać, czy taką relację chcemy kontynuować.

Dlaczego łatwiej pomóc innym, niż samemu sobie

Nie wiem. Ale tak jest. Dlatego szczególnie przemówiło do mnie zdanie Jordana B. Petersona, żeby „potraktować siebie jak kogoś, komu chcemy pomóc i na kim nam zależy”. To zmienia trochę perspektywę. Stajemy się bardziej wyrozumiali względem własnego zachowania, łatwiej nam zaakceptować to, kim jesteśmy, szczególnie w trudnych sytuacjach.

Ale co to ma właściwie wspólnego z biznesem

Właśnie. Duży nacisk w powyższych tekstach przyłożyłem do poznania siebie, swoich emocji, potrzeb. Nie wiem jak Ty się dziś czujesz. Być może jesteś w ciągłym pędzie, w wymagającej pracy, która daje dużo satysfakcji, łowiąc jednocześnie chwilę spokoju z bliskimi. Może mierzysz się z wieloma problemami, a jednocześnie chcesz pomóc innym i chcesz przekazywać pozytywną energię do działania. Może zaczynasz dzień z myślą, że zadań jest tyle, że nie jesteś w stanie ich zrealizować, a po dwóch godzinach nawet nie zacząłeś, bo gasisz kolejny pożar. Być może chcesz, żeby ekipa, z którą pracujesz wiedziała, że doceniasz ich wysiłki i zaangażowanie, że bez nich realizacja celu nie byłaby możliwa, ale nie jesteś pewien, czy poświęcasz im wystarczająco dużo uwagi. Może często musisz wybierać między niedoskonałymi scenariuszami ze świadomością, że po drugiej stronie stoi człowiek, który zarywa weekend, żeby dowieźć temat. Być może znajdujesz się w sytuacji, w której starasz się zrozumieć czyjąś motywację, a potem okazuje się, że rzeczywistość była zaskakująco inna. A może masz szereg wyczerpujących zadań w pracy, po których na koniec tygodnia masz wątpliwości, czy pozostało coś z Ciebie dla Twojej rodziny. Być może w tym wszystkim odnajdujesz wiele radości, śmiechu i pozytywnego szaleństwa, znajdując jeszcze czas, dla znajomych i przyjaciół. A może życie nie pisze kolorowych scenariuszy i masz do rozwiązania poważne problemy zdrowotne lub rodzinne, przy których praca schodzi na dalszy plan. Może czasem czujesz się bezsilny i zrezygnowany rzeczami, na które nie masz wpływu a chciałbyś, żeby wyglądały inaczej. Jakby nie było, jest to tylko cząstka tego, co możesz przeżywać. Dlatego właśnie zdolność do zrozumienia samego siebie sprawia, że – pomimo natłoku zdarzeń i impulsów – jesteśmy w stanie skutecznie i z dystansem funkcjonować w świecie biznesu niezależnie od okoliczności i z otwartością budować długotrwałe relacje oparte na zaufaniu. A przy tym znaleźć czas, żeby zatrzymać się na chwilę. Odetchnąć. I powiedzieć sobie, że jest ok.

Mikołaj Dramowicz – prezes zarządu DATAPAX

Mikołaj Dramowicz – prezes zarządu DATAPAX