Ilona Adamska Kariera, związki i świat przestały mnie cieszyć. Teraz żyję z podwójną mocą.

Twoje życie zmieniło się bardzo w ostatnim czasie. Co na to wpłynęło? Czy było to poszukiwanie Boga w momencie strachu, straty, czy zmęczenie życiem bez głębszego odniesienia ? W ciągu ostatnich dwóch lat moje życie zmieniło się o 180 stopni. Zarówno prywatne, zawodowe ale najbardziej to duchowe. Moja wewnętrzna przemiana zaczęła się po śmierci Taty. Pod koniec roku 2018. To był moment przełomowy w moim życiu. Czas, w którym waliło mi się wszystko. Związek, praca. Czułam, że się pogubiłam. Nie wiedziałam, co ze sobą począć. Straciłam całkowicie wiarę w siebie. W swoją pracę, która zaczęła mnie denerwować. Wtedy chyba po raz pierwszy poczułam, że się wypalam, że to, co robię traci dla mnie sens. Przestaje mnie cieszyć. Dodatkowo przytyłam po śmierci Taty dobre 15 kg, bo smutki, żałobę i stres zajadałam słodyczami. Czułam się brzydka, gruba, nieatrakcyjna. Wszelkie próby odchudzania kończyły się fiaskiem. Któregoś razu pojechałam do Białegostoku na warsztaty z budowania marki, które miałam poprowadzić. Postanowiłam się profesjonalnie pomalować u przyjaciółki Doroty Lange, bo przecież wizerunek i to, jak wyglądamy również był częścią mojego wykładu. W trakcie makijażu nie wytrzymałam i rozpłakałam się. Tak po prostu. Bez powodu. Dorotka zapytała: „Co się stało”. Odpowiedziałam: „Wali mi się życie”. Tylko tyle i aż tyle. Łzy mówiły więcej niż słowa. Dorotka zaproponowała, żebym zadzwoniła do zaprzyjaźnionego z nią ks. Mateusza Bajena, który będzie w stanie mi pomóc. Odmówiłam. Nie wierzyłam, że jakiś ksiądz będzie w stanie mi pomóc. Dorotka nie zważając na moją odmowę sama wybrała numer i podała mi słuchawkę. Powiedziałam tylko tyle: „Potrzebuję pomocy” i znów się rozpłakałam. Ksiądz poprosił żebym przyjechała za tydzień do Białegostoku na spowiedź życia. Pojechałam. I to był początek mojego nowego życia. 

Na spowiedzi generalnej wyłam jak dziecko. To były łzy oczyszczenia. Ogarnął mnie błogi spokój i radość, której nie dało się opisać słowami. Po spowiedzi życia, miesiąc później pojechałam na pierwsze w życiu rekolekcje. Toczyłam wewnętrzne walki, czy jechać na nie, bo szatan czując, że mu się wymakam, walczył o mnie, o mój umysł i myśli. Postanowiłam jednak, że pojadę i to była najlepsza decyzja w moim życiu. Podczas dwudniowych rekolekcji wysłuchałam przepięknych konferencji o budowaniu poczucia wartości, o tym, jak Bóg przemienia nasze życie. Miałam spoczynek w Duchu Świętym. Namacalnie poczułam Bożą obecność w moim życiu. Po rekolekcjach moje życie nie wyglądało już jak wcześniej. Zaczęłam regularnie chodzić do Kościoła. Nie tylko w niedzielę. Przyjmować komunię Świętą. Chodzić regularnie do spowiedzi. Rozstałam się z partnerem rozwodnikiem (prosiłam o to Boga w modlitwie, że jeśli nie błogosławi temu związkowi to niech mi go zabierze. I zabrał w sposób bardzo dosadny, ale o szczegółach nie będę opowiadać). Nałożyłam szkaplerz karmelitański. Zaczęłam regularnie słuchać konferencji ks. Dominika Chmielewskiego i ks. Piotra Pawlukiewicza. Odkryłam wiele inspirujących książek, które zmieniały moje życie duchowe m.in. wydawnictwa SUMUS (np. „Jego miłość Cię uleczy” czy „Kecharitomene”), wydawnictwa RTCK czy „Boże Poradniki” Arkadiusza Łodziewskiego. Zapisałam się do Krucjaty Wyzwolenia Człowieka, odstawiłam całkowicie alkohol (dziś mija 14 miesięcy życia w totalnej abstynencji; i nie dlatego, że miałam problemy z piciem, ale dlatego, że chciałam mieć świeży umysł, być bliżej Boga, nie chciałam być zniewolona przez żaden nałóg). Opowiadam bardzo skrótowo moją historię, ale jeśli macie ochotę poznać szczegóły mojego nawrócenia zapraszam na stronę  https://pl.aleteia.org/ do działu DOBRE HISTORIE. 

Moje życie dziś to Bóg. Choć ciężko tak o nim opowiadać w wywiadach, bo Jego i tej Jego wielkiej miłości do nas nie da się tak po ludzku pojąć. Ks. Pawlukiewicz mówił: „Pan Bóg jest tak inny, tak fantastycznie przerastający nasze pojmowanie, że … nie ma o czym gadać. Co tu gadać? Nie możemy ogarnąć rozumem komórek nowotworowych, a Boga chcemy rozumieć?”. Boga trzeba po prostu poznać. I pokochać. Zaufać mu całkowicie. 

Jak wyglądała Twoja codzienność przed poszukiwaniem wiary ? Co było wtedy dla Ciebie najważniejsze ? Jak spędzałaś czas ?

Moje życie przed nawróceniem to praca i zabawa. Imprezy, eventy, gale, media, blask fleszy. Często życie ponad stan. Nie szanowanie wartości pieniądza, a raczej wydawanie ich lekką ręką. Zanim poznałam na nowo Boga żyłam chwilą. Myślałam głównie o sobie. Że mi było dobrze. I żeby wszyscy mnie lubili, kochali. Chciałam wszystkim się przypodobać. Często robiłam coś wbrew sobie, żeby tylko nikogo nie urazić. Nie umiałam też do końca słuchać ludzi. W biznesie owszem. Bo wiedziałam, że biznes to relacje i trzeba umieć słuchać potrzeb klienta. Ale w życiu prywatnym zawsze stawiałam siebie na pierwszym miejscu. Jak to zodiakalny lew lubiłam błyszczeć w towarzystwie, grać pierwsze skrzypce. Jak jest dzisiaj? Dzisiaj żyję skromnie, oszczędnie. Sprzedałam wiele rzeczy, które jak stwierdziłam, nie są mi do życia potrzebne (np. najnowszego wypasionego IPhone czy laptopa). Zrozumiałam, że rzeczy materialne nie są najważniejsze. Że liczy się szlachetne serce, pokora, dobre słowo czy uwaga, które daję drugiemu człowiekowi. Zaczęłam wreszcie słuchać ludzi, znajomych. Przestałam robić huczne eventy, zapraszać media, żeby było o mnie i moich imprezach głośno. Robię tylko te, które muszę, bo są ważne dla moich klientek i partnerów biznesowych. Z 6 eventów rocznie zostawiłam 2 duże gale i to wszystko. Zamknęłam kilka projektów biznesowych, które robiłam tylko dla PR-u i promocji, a które zwyczajnie przestały mnie cieszyć. Dziś wiem co znaczą słowa: „Nie każdego stać na skromność, choć stać na tak wiele innych rzeczy”. Szukam dziś ciszy, spokoju, uciekam od blasku fleszy. Oczywiście nie całkowicie, bo praca modelki, którą również wykonuję wymaga ode mnie pokazywania się w social mediach i nieustannego reklamowania marek z którymi współpracuję, ale dziś to ma dla mnie zupełnie inny wymiar i znaczenie. Mało tego – na wiele zdjęć czy sesji nie godzę się. Również w trakcie pozowania otwarcie mówię, że nie zrobię jakiegoś ujęcia, jeśli będzie ono zbyt wyzywające. Po 20 latach pracy w modelingu i produkowaniu osobiście większości sesji mam ten komfort, że mogę sama decydować (lub z fotografem) jakie ujęcia finalnie dostanie Klient. 

Jak wygląda obecnie Twoja codzienność – co się zmieniło w stosunku do wcześniejszego czasu?

Przede wszystkim dzień rozpoczynam od różańca w którym zakochałam się dzięki ks. Dominikowi Chmielewskiemu i jego rekolekcjom, które kiedyś mi wysłał a także książce „Kecharitomene” napisanej przez wielkiego wojownika Maryi, jakim z pewnością jest ks. Dominik. Każdy mój dzień przepełniony jest modlitwą, ale jakże inną od tej, której uczyli nas w podstawówce na lekcjach religii. Dla mnie modlitwa to bardzo osobista, głęboka relacja z Bogiem. Żywa rozmowa, którą prowadzę ze swoim Przyjacielem. Któremu każdego dnia odpowiadam o swoich troskach, zmartwieniach, problemach, ale też dzielę się radościami, sukcesami. Każdego dnia dziękuję za miniony dzień, za każde wydarzenie, spotkaną osobę, każde cierpienie. Bo to w cierpieniu najpiękniej i najgłębiej doświadczam miłości Boga. Zrozumie to tylko ten, kto prawdziwie Mu zaufał. 

Czy w dzieciństwie byłaś wierząca, a jeżeli tak – co sprawiło, że odeszłaś od życia wiarą?

Jestem wychowana w rodzinie katolickiej. Moi rodzice byli (mama wciąż jest) osobami wierzącymi i praktykującymi. Przyjęłam wszystkie sakramenty (chrzest, pierwszą komunię, bierzmowanie), jednak od czasów studiów zaczęłam oddalać się od Boga, mimo że, paradoksalnie, powinnam była się do niego zbliżać, bowiem zaczęłam studia filozoficzne na Papieskiej Akademii Teologicznej (dziś Uniwersytet Papieski), a indeks odbierałam w Filharmonii Krakowskiej od samego śp. biskupa Tadeusza Pieronka. Na uczelni wykładały głównie osoby duchowne, przed wieloma wykładami musieliśmy się modlić, jednak styczność z niektórymi klerykami i ich dwuznaczne propozycje czy „listy miłosne” podrzucane na wykładach sprawiły, że zwątpiłam w Kościół, w księży. Mieszkając 8 lat w Krakowie byłam tam tylko raz na mszy świętej inaugurującej rok akademicki. Później wpadłam w wir pracy, w kolejne związki. Mówiąc wprost: nie myślałam o Bogu. Zwyczajnie nie chciało mi się chodzić do kościoła. Wyjątki robiłam w Święta. Nie wyobrażałam sobie nie pójścia do spowiedzi i komunii w Wielkanoc i Boże Narodzenie. 

Dziś chodzę regularnie do spowiedzi, nawet wtedy gdy mam niewiele grzechów, bo zwyczajnie lubię i potrzebuję porozmawiać sobie z moim spowiednikiem. Czuję po spowiedzi lekkość serca. Jakby wstąpiły we mnie nowe siły. Na msze święte chodzę sobie również w tygodniu (choć jeszcze nie codziennie).  Zaczęłam sięgać po inne książki, inną literaturę. Przestałam oglądać telewizję, bo czułam, że zabiera czas i nic wartościowego się z niej nie dowiaduję. Zaczęłam bardziej angażować się w pomaganie fundacjom i potrzebującym. Zostałam ambasadorką Fundacji Joanny Radziwiłł „Opiekuńcze skrzydła” (zorganizowałam kilka licytacji, akcji na Facebooku, zbiórkę rzeczy potrzebnych dla dzieci na Mikołajki, zrobiłam kalendarz charytatywny na rok 2021). Wsparłam w tym roku po raz kolejny Fundację A.R.T PRZECIW PRZEMOCY. W styczniu ruszamy z kampanią społeczną i cyklem artykułów, które mają na celu nagłośnienie problemu przemocy w rodzinie i dodanie odwagi kobietom, by przerwały milczenie i nie bały się zwrócić o pomoc do Fundacji czy innych organizacji. Dziś po prostu żyję w zgodzie z filozofią Roberta Baden Powella, który mawiał: „Nie liczy się to ile posiadasz, ale ile dajesz innym i jak się z nimi dzielisz. Pomagając innym pomagasz i sobie. Starajcie się zostawić ten świat choć trochę lepszym, niż go zastaliście”.

Co jest dla Ciebie największy wyzwaniem w życiu wiarą ? Czy są kwestie, których się wyzbyłaś, choć je lubiłaś i sprawiały Ci przyjemność?

Największym wyzwaniem jest ta bezgraniczna ufność. Bo czasem włącza się rozum albo odzywają się „dawni znajomi”, którzy mówią, że mi odbiło i jestem głupia, że tak ślepo wierzę w Boga, którego ich zdaniem nie ma. Próbują mi pokazać, że nie mam racji. Że jestem jak dziecko we mgle. Że jestem naiwna. Albo próbują mi udowodnić, że wszystko, co w ciągu roku osiągnęłam, np. schudłam 14 kg, zmieniłam swoje życie o 180 stopni to TYLKO MOJA ZASŁLUGA. A nie żadnego Boga czy Maryi.  Ja jednak mam w pamięci słowa: “Ufność, którą w Nim pokładamy, polega na przekonaniu, że wysłuchuje On wszystkich naszych próśb zgodnych z Jego wolą. A jeśli wiemy, że wysłuchuje wszystkich naszych próśb, pewni jesteśmy również posiadania tego, o cośmy Go prosili.” (1 J 5, 14-15). To właśnie Maryję zaczęłam prosić na początku o moją przemianę, zarówno wewnętrzną jak i zewnętrzną. I wiem, że bez jej pomocy nie spotkałabym na swojej drodze człowieka, który pomógł mi wrócić do dawnych wymiarów. Bo moje spotkanie z trenerem Leszkiem – uwierzcie mi – było niewiarygodne. To była historia w którą do dziś ciężko nam uwierzyć. 

Jeden ze znajomych napisał mi wprost po wywiadzie dla portalu Aleteia, żebym przestała mówić o Bogu, bo za rok czy dwa mi przejdzie i będę wstydziła się tych wywiadów. Dlatego nieustannie proszę Boga o bezgraniczną ufność, wytrwałość i wiarę. Bo wiara nie jest dana raz na zawsze. Nawrócenie to podnoszenie się i wstawanie. To chwile euforii, radości, aby zaraz potem upaść i czuć się słabym, grzesznym. Ale to właśnie w upadkach kształtuje się nasza siła. Dzięki nim stajemy się pokorni. 

Co dała Ci wiara ? Jak zmieniła Ciebie jako kobietę?

Dodała pewności siebie. Wyciszyła, uspokoiła. Przemieniła mnie zewnętrznie. Moje oczy świecą innym nich dotychczas blaskiem. Jestem szczęśliwa, spełniona. Mniej wymagam od siebie. I nie zależy mi już na tym, żeby wszyscy mnie lubili i akceptowali. 

Czy są ludzie i relacje, które straciłaś kiedy zaczęłaś żyć inaczej ? Czy masz nowe środowisko związane z wiarą?

Moje otoczenie kompletnie się zmieniło. Nie ma przy mnie 70 % osób, które kiedyś były. Ludzie odsunęli się sami albo ja się od nich odsunęłam, bo zaczęły mnie razić rzeczy, na które kiedyś nie zwracałam uwagi. Mam zupełnie nowe grono znajomych, osób wierzących z którymi jeżdżę do Częstochowy, do Niepokalanowa, chodzę na niedzielne msze. I od razu pragnę zaznaczyć, że nie są to żadni fanatycy religijni tylko cudowne, piękne, mądre kobiety, które tak, jak ja stawiają dzisiaj na pierwszym miejscu Boga. Mam również nowe grono kolegów na których zawsze mogę liczyć. Którzy widzą we mnie kogoś więcej niż tylko atrakcyjną kobietę. Których często, gdy mam ciężki okres czy jakiś problem, proszę o modlitwę. W tym momencie chciałabym im podziękować za ich obecność i wsparcie: Mariuszku, Marcinku – Kocham Was! Dziękuję za wszystko, co dla mnie robicie! 

Co poradziłabyś ludziom, którzy szukają sensu w życiu, ale nie ufają Kościołowi w obecnych czasach? Jak powinni podejść do nawrócenia i poszukiwania Boga?

To trudne pytanie, bo ja uważam, że nie można się nawrócić bez chodzenia do Kościoła. Przecież nawrócenie to poza modlitwą w domu także przyjmowanie Komunii świętej,  eucharystia, to sakrament spowiedzi. Jak chcesz czuć Bożą obecność bez przyjmowania ciała Jezusa Chrystusa? 

Jeśli jednak muszę już coś doradzić, to po prostu zacznij od modlitwy różańcowej. Zacznij prosić w domu Maryję o to, by Cię przemieniła. Ona już zadba o wszystko. Jeśli Twoje prośby będą płynęły z serca, będą szczere i prawdziwe Matka Boża poprowadzi Cię do Boga i wierzę, że do Kościoła także. Bo uwierzcie mi, że Kościół to nie tylko księża pedofile, jak dziś wiele osób myśli. To również cudowni duchowni, którzy wstydzą się za swoich kolegów kapłanów, którzy mają wiele za uszami. Którzy mają serce na dłoni. Trafiłam na kilku takich wyjątkowych księży, którzy są moimi przyjaciółmi. Którzy, gdy mam problem – pomagają mi poprzez długą, szczerą rozmowę czy modlitwę. Nie wrzucajmy wszystkich do jednego worka. 

Czy masz momenty zwątpienia i powrotu do dawnych nawyków i działań?

Od dwóch lat nie miałam ani jednego dnia zwątpienia w Boga czy drogę, którą wybrałam. Choć paradoksalnie im głębiej wchodzisz w nawrócenie, tym jest trudniej. Mam dni stagnacji, braku ochoty na modlitwę (choć nigdy nie zaczęłam i nie skończyłam dnia bez niej, ale wtedy, gdy nie mam nastroju modlę się krócej i czasem zwyczajnie trochę od niechcenia). Czasem miewam rozmowy z Bogiem na temat tego, dlaczego znowu muszę cierpieć, dlaczego mam tak ciężko w życiu, ale to nigdy nie jest zwątpienie w Niego. Tylko zwyczajne pytania na które znajduję odpowiedzi, gdy sięgnę po Pismo Św., które leży od 2 lat przy moim łóżku. Założyłam też rok temu na Facebooku grupę na Messengerze w której jest kilka koleżanek po nawróceniu. Gdy mi źle, piszę do nich, proszę o modlitwę. Rozmawiamy o wszystkim, dzielimy się cytatami z Biblii. W grupie siła. Nie wróciłam do dawnych nawyków. I z tego najbardziej się cieszę! 

Czy wiara wpłynęła na Twoje postrzeganie rodziny, związków?

Oczywiście. Kiedyś twierdziłam, że ślub i papierek nie są mi do szczęścia potrzebne. Dziś chcę i marzę o ślubie kościelnym. O tym, żeby Bóg postawił na mojej drodze kogoś wyjątkowego. Kogoś wierzącego, szanującego moją wiarę. Wyznającego podobne wartości do moich. Nie wyobrażam sobie związku z kimś, kto jest daleko od Boga. Nie szukam księcia z bajki, nie szukam milionera. Szukam ciepła, prawdziwej, szczerej miłości. Związku opartego na zaufaniu i wzajemnym szacunku. Kogoś, przy kim będę rozwijać się, rozkładać skrzydła. Kto będzie mnie wspierał, a nie ciągnął w dół. Kogoś, kto będzie wiedział, co oznacza słowo „wierność”. 

Niedawno zostałam mamą chrzestną małego Fryderyczka. Owocu miłości mojego brata Jonasza i jego żony Pauliny. Gdy patrzę na ich związek i małego synka widzę, jaką wartość ma rodzina, ślub. Jak czule mówią o sobie, do siebie. Jak Fryderyczek scalił jeszcze bardziej ich relację. I całą naszą rodzinę. Marzę o takim małym „skarbie”, ale też totalnie zaufałam w tym temacie Bogu. On wie, co jest dla mnie najlepsze! 

Co jest obecnie dla Ciebie najważniejsze w życiu i codzienności? Czym najbardziej żyjesz każdego dnia?

Miłość, rodzina i pokora. Życie zgodnie z przykazaniami. Każdego dnia modlę się do Boga o to, by uczył mnie kochać bliźnich, zwłaszcza tych, którzy mnie ranią, oczerniają, źle mi życzą. 

Dziś wiem, że czasem trzeba zwolnić, by nie przegiąć. Pan Jezus też mówił do uczniów: „Zwolnijcie”. „Bo często przychodzi moment, że człowiek zaczyna wierzyć w to, że sam może się zbawić” jak mówił ks. Pawlukiewicz. Oby ten moment nigdy w moim życiu nie nastąpił. Czego i Wam życzę! 

Więcej wiary i ufności Kochani! Życie jest piękne! Zwłaszcza z Bogiem!

Ilona Adamska

Ilona Adamska