Bo umiera świat na brak miłości….patrzyłam jak idzie, niczym bezradne dziecko…słabiutki - ufający jednak, że mu pomogą…tak odszedł na zawsze w naszym szpitalu…

Moja babcia była piękną kobietą, zawsze w perłach. Została wdową po mężu, który nie wrócił z wojny. Kochała go ogromnie i nie przyjęła żadnych oświadczyn od innych mężczyzn przez wszystkie lata. Nie było jej łatwo, ale wychowała dzieci na wspaniałych ludzi. Jak trzeba – sprzątała, gotowała dla ludzi, ale zawsze z godnością i honorem. Mama mówiła, że babcia bywała oschła, zasadnicza, bo życie jej nie oszczędzało – opowiada Iwonka, której babcia umarła niedawno w samotności w szpitalnej sali. Podobno zawsze mówiła, że najważniejsze jest dane drugiemu człowiekowi słowo i uczciwość. Tak żyła. Czy tak umarła ? Nikt nie mógł być z nią w szpitalu z powodu pandemii. Tyle przeszła, tyle wycierpiała, a odchodziła w najgorszej sytuacji – bez przytulenia, bez czyjegoś wzroku, bez dłoni na swoim czole. Z samotnym, przerażonym wzrokiem. Nie ma nic trudniejszego, niż śmierć w samotności, wśród obcych, wśród twarzy zakrytych kombinezonami. Przez dziesięciolecia tracąc kogoś bliskiego – mogliśmy przynajmniej się pożegnać, ostatni raz spojrzeć na siebie lub przynajmniej mieć świadomość, że byliśmy w ostatnich sekundach, aby naszej mamie, tacie, siostrze – łatwiej było przejść z tego świata w inny wymiar. Człowiek umierając – zawsze jest sam i nic tego nie zmieni. Obecność jednak bliskich, trzymanie za ręce, załatwienie ostatnich spraw, wyjaśnienie, wybaczenie, przeproszenie, podziękowanie – jest tym, co pozwala w spokoju przeżyć ten trudny moment. Jeżeli ktoś po prostu znika – nie mamy szans zamknąć rozdziału, jakim była nasza relacja. Pozostaje wyrwa, pustka, której nie sposób całkowicie zapełnić nawet z czasem.

Ciężko sobie wyobrazić 80 letnią kobietę, która całe życie starała się żyć dla innych, nie chorowała i nagle musi zostać odstawiona w recepcji szpitala – odwrócić się ostatni raz, popatrzeć na córkę, syna, wnuka i już nigdy ich nie zobaczyć. Pójść do obcych, przebrać się w bezosobowe ubranie, położyć, poddać kroplówkom, zabiegom, których nie zna, nie rozumie, nie umie konstruktywnie o nic zapytać. Ma wzrok jak dziecko – ufając, że ktoś o nią zadba z uczciwością i etyką. Czy tak jednak jest zawsze ? Historie z ostatnich miesięcy pokazują, że tak wielu ludzi odeszło w totalnym przerażeniu, w pustej sali, nie mając kontaktu z najbliższymi. Takiej sytuacji nie sposób było sobie wyobrazić jeszcze rok wcześniej. Miłość, troska – były zawsze solą tej ziemi. To one dawały siłę do życia i do spokojnego umierania. Pozwalały pogodzić się z tym, co nieuniknione. Bo miłość przecież nie umiera, a żyje w naszych sercach zawsze. Jeżeli odchodzi nasza mama, tata, ukochana siostra, brat, córeczka lub synek – chcemy być z nim całym sobą, w jakimś stopniu część nas także z nim umiera, aby pozostała część mogła pozostać i żyć dalej. Przytulamy, płaczemy, czujemy, jak pęka nam serce. Ale jesteśmy. Nie uciekamy, aby nie widzieć, nie przeżywać, nie wesprzeć swoją obecnością. Nikt z nas nie chciałby odchodzić sam, na obcym łóżku i wiedzieć, że zaraz wywiozą nas w worku bez wzroku i obecności kogokolwiek bliskiego.

Rozmowy z ostatnich tygodni z osobami, które doświadczyły tego dramatu – są porażające. Moja mama mogła żyć, a wszystko stało się tak szybko. Widziałam ją ostatni raz w szpitalnych drzwiach. Miała wrócić za kilka dni po zabiegu. Coś poszło nie tak – nie było z nią nikogo z nas. Powiedziano nam, że pogrzeb musi być symboliczny. Nie wiedziałam, jak pomóc tacie, bratu i jak to wszystko unieść. Mamusiu, gdzie jesteś – łkałam w nocy i nie wierzyłam, że właśnie odeszła i nigdy już mnie nie przytuli. Świat pokazał nam najokrutniejszą twarz. Potraktował moją mamę jak numerek, przedmiot – zabrał i zutylizował. Po prostu. Była dla nas wszystkim. Mam 17 lat. Planowała moje 18 te urodziny i mówiła, że wtedy pojedziemy gdzieś bez taty i brata- tylko we dwie na noc do SPA. Chciała, żebym stawała się mądrą kobietą. Uczyła mnie pomocy słabszym. Zawsze powtarzała, że najważniejsza jest obecność. Byłam z nią kilka razy jako wolontariusz w hospicjum. Trzymała ludzi za rękę i mówiła, że to jest najważniejsze…A sama ? Odeszła młodo, beze mnie, bez taty, bez brata…nie wiem, czy kiedykolwiek wybaczę światu, że tak nas potraktował. Wiem, że była świadoma, jak odchodziła, że poprosiła, żeby nam przekazać, że nas kocha i będzie patrzyła z góry i że ogromnie tęskni….

Czy mam żal do lekarzy, do ludzi ? Nie mam, choć to, jak wielu z nich bezdusznie podchodzi do drugiego człowieka jest dla mnie szokiem – mówi Marlena, której tata zmarł niedawno w samotności. Z drugiej strony jest mnóstwo wspaniałych lekarzy, którzy oddają swoje serce i codzienność, aby w morzu potrzeb zrobić wszystko, co można. Gdyby zaczęli płakać po każdym umarłym na oddziale – nie miałby kto pomagać. Troskę, obecność przy chorych zawsze przejmowała rodzina, a lekarz mógł leczyć. Teraz sytuacja stała się porażająca. Lekarz musi leczyć, a nie przytulać, ludzie umierają przerażeni a rodzina stojąc pod oknem ze łzami w oczach ma nadzieje, że pielęgniarka będzie miała serce i choć dobrym wzrokiem uspokoi samotną śmierć.

Patrzyłam, jak mój tata ledwo idzie na biopsję prostaty – słaby, sam na korytarzu – tam, gdzie mu kazali wejść. Z małą reklamówką, z kilkoma osobistymi rzeczami. Tyle zostało po człowieku, który wychował czworo dzieci, pomagał przy wnukach, wspierał innych ? Tyle mu świat oddał ? Pani w recepcji powiedziała bardzo zimno, gdzie ma iść, a mi kazała po prostu sobie pójść. Nie mogłam nic zrobić. Patrzyłam jak idzie, niczym bezradne dziecko…słabiutki – ufający jednak, że mu pomogą…tak odszedł. Na zawsze…nie zapomnę go nigdy, jak szedł samotny w głąb tego długiego korytarza…

Takich wyznań i dramatów ludzkich mamy obecnie bardzo dużo. Po cichu, w samotności – odchodzą nasi najbliżsi. Takie odejście to ogromna trauma. Czy bardzo cierpiał, czy bał się okrutnie, czy mu pomogli, czy ktoś był dla niego życzliwy, czy go bolało, czy płakał, czy wierzył, że jeszcze nas przytuli….

Starość. Często sama, zapomniana. W obecnych czasach jej twarz przybrała inny obraz. Jeżeli pójdziesz – możesz już nigdy do nas nie wrócić. To koniec. Luksusem jawi się śmierć wśród bliskich, z ręką w czyjejś dłoni…luksusem jawi się pogrzeb, na który mogą przyjść ostatni raz bliscy i dalsi nam ludzie…pożegnać się, powspominać, zapłakać.

Luksusem staje się bliskość drugiego człowieka, miłość i obecność – po prostu.

Czy mamy wpływ na to, co rozgrywa się obecnie w szpitalnych salach ? Mamy. Pomimo trudności, pomimo zagrożeń. Zawsze mamy szansę być ludźmi. Zawsze mamy szansę powiedzieć jedno dobre słowo dla spłakanej rodziny „ Nie cierpiała, byliśmy przy niej do końca, odeszła spokojna „. Zawsze mamy szansę powiedzieć „ Rozumiem Was”. Podczas wojen, podczas epidemii, podczas zmian w historii – mieliśmy szansę poznać prawdziwe oblicze drugiego człowieka. Czy pomagał, czy wręcz przeciwnie – wychodził z niego potwór… Tak wiele przykładów, gdzie ludzie, którzy byli na co dzień oschli i pozornie obojętni – okazywali się wielkimi bohaterami codzienności. Tyle sytuacji, gdzie ludzie, którzy opowiadali o wielkich ideach – obojętnie patrzyli na cierpienie innych w momencie próby.

Teraz jest sprawdzian dla nas wszystkich. Z naszego człowieczeństwa. Starsi ludzie byli tak niedawno młodymi dziewczynami i chłopakami. Mieli pierwsze miłości, pucate policzki, sukienki w grochy. Kochali życie. Rodzili , wychowywali nas – i dla nas znosili okrutne momenty w historii – aby zapewnić nam życie i dach nad głową. Tak mało myśleli o sobie, o konsumpcji dla siebie, bo czasy były inne, szare, nasączone lękiem. To naszą rolą jest uszanować ich życie, aby nasze dzieci – uszanowały nasze. Nikt z nas nie jest idealny i każdemu z naszych dziadków, babć, rodziców – można coś zarzucić. Każdy z nas jednak nie jest w życiu bez grzechu, bez wad, bez błędnych decyzji, które mogły skrzywdzić nasze dzieci i bliskich. To jest moment w historii, aby wybaczyć, aby popatrzeć w oczy – póki można – i podziękować. Za wszystko. Kiedy jesteśmy lekarzami, pielęgniarkami – mamy dodatkową misję w tym ciężkim czasie. Pozostać człowiekiem. Pamiętać, że na sali nie umiera samotnie bezimienna kobieta lub mężczyzna, ale czyjaś mamusia, tatuś, córeczka lub synek – przytulał się, śmiał i pragnął tak jak my – po prostu żyć. To my mamy teraz jedyną szansę, aby odeszli w godności i poczuciu, że ludziom mimo wszystko – można ufać.

Jesteśmy w momencie sprawdzianu z człowieczeństwa i cudownie, jeżeli postaramy się go zdać jako jeden z ważniejszych w życiu.

Agnieszka Zydroń

Agnieszka Zydroń

Psychologia w biznesie ( Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie)
Kulturoznawca, rosjoznawca ( Uniwersytet Jagielloński w Krakowie)
Licencjonowany pośrednik ( S2/2/P/2016 ) obrotu nieruchomościami
Polskiej Federacji Rynku Nieruchomości ( CEPI )
Certyfikat ukończenia Certyfikowanego Szkolenia Change Management In
Progress ( Psychologia procesu zmiany)
Praktyk w branży obrotu nieruchomościami ekologicznymi
oraz wymiany handlowej z Rosją
Autorka 3 książek oraz dziesiątek artykułów do prasy kobiecej oraz
biznesowej
Częsty gość programów telewizyjnych i radiowych