Marcin Miller – Cierpliwość i pokora to droga do sukcesu

Popularność, fani, brak prywatności, relacje z rodziną, przyjaciółmi, Polakami, brak czasu, trasy koncertowe, to wszystko i wiele więcej składa się na tak zwany „sukces”. Dla każdego jest to coś innego. Dla mnie oznacza to w tej chwili spokój, na jaki mogę sobie pozwolić mimo panującej na świecie trudnej sytuacji. Pracowałem ciężko przez 30 lat aby teraz to zaprocentowało.

Popularność ma dwie strony, jak zostanę odebrany zależy od człowieka na którego trafię. Najprostszy przykład policjantów na drodze podczas kontroli, każdy mnie rozpoznaje, ale nie każdy musi być od razu przyjazny. Czasami słyszę, że nie lubi disco-polo i tyle. Więc to nie jest tak, że popularność można zawsze wykorzystać na plus. Kiedyś myślałem, że popularność pomaga, ale w miarę rozwoju swojej kariery i nabierania życiowego doświadczenia i dystansu, wiem, że nie chcę nigdy wykorzystywać swojej rozpoznawalności do prywatnych celów. Oczywiście, że są sytuacje, gdy to, kim jestem utrudnia mi relacje z nowymi osobami. Nawet przy tak prozaicznej czynności jak kupno auta, musiałem poprosić kolegę aby pojechał do komisu za mnie. Gdy ja się pojawiam w takich miejscach, dealerzy często chcą sprzedać mi samochód o wiele drożej, bo przecież według prasy, wiedzą, że mnie stać… Niestety, ludzie znają nas takimi, jakimi przedstawieni jesteśmy w plotkarskich mediach, nie zastanawiają się, że większość jest wyssana z palca, a już w szczególności te niebotyczne kwoty za koncerty.
Czy ta popularność mi przeszkadza? Oczywiście, że wyjazd z rodziną w Polsce jest bardzo trudny, bo wszędzie mnie rozpoznają. Zagranicą jestem anonimowy, więc urlopy spędzamy poza krajem, robimy to dla siebie, każdy zasługuje na odpoczynek. Ostatnio na cmentarzu zostałem rozpoznany mimo maseczki, chyba mam charakterystyczne oczy!
Mimo tych niedogodności, nie zamieniłbym swojego życia za nic, nie chciałbym być kimś innym. Bardzo lubię śpiewać, bardzo lubię komponować i bardzo lubię tę swoja twórczość potem fizycznie przekazywać na koncertach z fanami, bo jednak jest to przyjemne. I to jest najważniejsze.

W drodze do sukcesu zwłaszcza w disco polo, naprawdę nie jest łatwo. Wiemy, że część kraju ten gatunek uwielbia, reszta nienawidzi. I tak jest z nami, artystami dosco polo. Polacy to specyficzny naród, mamy w sobie jeszcze wiele zazdrości. Relacje z ludźmi, którzy najpierw się śmieją, nie wierzą w nas, umniejszają pracę, są bardzo trudne. Bo z mojego doświadczenia wiem, że nawet po odniesieniu tego przysłowiowego sukcesu, te osoby nie potrafiły go przełknąć. Po prostu, nawet jak się komuś uda, to nie potrafimy po prostu się z tego cieszyć, czerpać wiedzę, jak to zrobił, może wykorzystać w swojej dziedzinie, wolimy krytykować. Nie wiemy często ile pracy trzeba włożyć zanim pokażą nas w telewizji. Zespół Boys gościł w TV od 1997 roku i to był szok, to było coś tak dużego, że wręcz niewyobrażalnego. Wielki sukces. Ale nikt nie wie ile pracy nas kosztowały wcześniejsze lata. Początki były tragiczne, jeździłem żukiem, a zimą trzeba było czekać, aż ktoś nas po prostu podwiezie, więc się stało i marzło. Nic nie dzieje się nagle i samo, nic nie spada z nieba. To jest bardzo duża rzecz do zmiany w mentalności Polaków i tego bym sobie życzył, aby nie zazdrościć, ale po prostu szanować, nawet jeśli się kogoś lub czegoś nie lubi, nie słucha.

Jestem w tym biznesie już tak długo, że nauczyłem się rozmawiać z ludźmi, nawet gdy na początku nie są mi przychylni, bo nie lubią disco polo, zawsze dzieje się jakoś tak, że ze mną jednak potrafią się dogadać. Bo w relacjach zawsze trzeba mieć do siebie wzajemny szacunek. I po prostu robić swoje. Po 30-stu latach na scenie, byciu we wszelkich programach telewizji publicznej i prywatnej, tysiącach koncertów, wiem, że dzięki temu co robię, zamykam buzie wszystkim hejterom. Ja się z mojej pracy utrzymuję, uwielbiam ją, i nawet jeśli ktoś we mnie te 30 lat temu wątpił, wie, że się mylił. I ja też to wiem.
W relacjach z ludźmi jestem dość otwarty i chyba mam dobre serce, bo od razu jest zawsze jakaś chemia. Ale z drugiej strony jestem też szczery do bólu, jeśli ktoś mi nie pasuje, nie ma tej szczerości, to po prostu mówię „dziękuję do widzenia”. Bardzo często ludzie i tak do mnie przychodzą, więc może jednak chcą mnie poznać i to jest miłe. Przez lata zbudowałem niesamowitą relację z fanami, nie do podrobienia. Teraz ktoś może zaistnieć w sekundę, kiedyś telewizja to była utopia, nie była ona dla każdego. Występowali tam ludzie wybitnie znani. Nigdy nie spodziewałem się, ze jakakolwiek telewizja będzie chciała ze mną porozmawiać czy wyemitować teledysk! Teraz jest to już inna rzeczywistość, a kiedyś tak nie było, wszystkie relacje, także te zawodowe budowało się dużo wolniej.

W budowaniu kariery nie można zapomnieć o tym, że najważniejsza jest w tym rodzina. Moi rodzice nauczyli mnie, że należy cieszyć się z najmniejszych rzeczy i doceniać je. To mi bardzo pomogło. Jednak sukces artystyczny jaki odniosłem wcale nie ma tylko jasnych stron, i niestety jeśli chodzi o rodzinę, to wiele przegapiłem. Po prostu mnie nie było tygodniami, a gdy wracałem to odsypiałem. Moja żona zajmowała się domem, wychowywała dzieci, wiec była wszystkim, ojcem i matka i kucharka, po prostu wszystkim. Niestety wiem, że pewne rzeczy przespałem, zwłaszcza w dorastaniu dzieci, ale taka jest cena tego zawodu. Wielki szacunek należy się mojej żonie. Nie lubię się dzielić tą sferą życia, bo jest po prostu trudna. Jednak bez uzgodnienia, że taki sposób życia obu stronom pasuje, to nie miałoby szans na przetrwanie, a jednak nam się udało. Na pewno trzeba się dogadać i zrozumieć. Ja mam to szczęście, że trafiłem na bardzo wyrozumiałą kobietę, która zawsze mnie wspierała i wspiera po dziś dzień. I co ciekawe, wcale nie przepada za disco polo! Mam to szczęście, że się dogadujemy. Moja żona nie jeździ ze mną na koncerty nie chce pokazywać się na ściankach. Mam do niej wielki szacunek, że chce zachować swoja prywatność. I absolutnie nie zmusiłbym jej do tego. Nie udostępniam z nią zdjęć, tak sam jak z rodziną czy wnukiem. Rodzinę zachowujemy dla siebie, to bardzo ważne. Tak się umówiliśmy i u nas to działa.

Rodzina jest zawsze najważniejsza. Ważni są też inni ludzie, jednak znając świat show biznesu, nie szukałem tam nigdy przyjaciół. Mam ich niewielu. Mój najstarszy przyjaciel, był przy mnie od 30 lat, zanim jeszcze zrobiłem karierę i takie właśnie relacje się dla mnie liczą, na dobre i na złe. Nie zabiegam o sztuczne przyjaźnie i ludzie z branży to wiedzą.

Wiem też, że marzenia się spełniają. Najważniejsza jest cierpliwość i pokora. Nieważne, czy to będzie trwało godzinę, tydzień, 30 lat ale kiedyś to wyjdzie i to się spełnia w moim życiu. Słuchając kiedyś Modern Talking, Bad boys blue, kto by się spodziewał, że po 20 latach spotkam ich w garderobie. Przywitam się, porozmawiam z managerem, wypijemy drinka. Ale teraz wiem, że marzenia się spełniają, trzeba tylko czasami trochę poczekać.

Moja siostra niedawno stwierdziła, że ja to już w zasadzie wszystko osiągnąłem i nic więcej nie potrzebuję. Zastanowiłem się nad tym i muszę się zgodzić. Faktycznie, ja już nic nie muszę, wiele osiągnąłem i wiele widziałem, przeżyłem. Nie mam wygórowanych zachcianek. Zawsze wolałem jeść życie małą łyżeczką, systematycznie i po kolei. Pandemia dała się we znaki całej branży, nie mamy koncertów, ale zdałem sobie sprawę, że to siedzenie w domu dla mnie jest spełnieniem marzeń. W końcu mam na to czas. Wszelkie moje inwestycje na przestrzeni lat zbierają żniwo, nie martwię się o finanse, ale musiałem sobie na to ciężko zapracować. Więc teraz zasłużenie mogę odpocząć, zwolnić. Bo to jest ważne dla samego siebie.

Jestem szczęśliwym człowiekiem i spełnionym artystą. 

Marcin Miller

Marcin Miller

piosenkarz, kompozytor i autor tekstów, lider i wokalista zespołu disco
polo Boys. Na scenie od ponad 30 lat.