Work&life balance w pracy zdalnej - którą maskę ubrać mijając żonę i dzieci w drodze z salonu do kuchni ?

Temat work&life balance to temat stary jak świat. Nie od dziś zastępy  „mądrych głów” czytaj różnego rodzaju coachów, doradców, trenerów personalnych i innych specjalistów prześcigają się w dostarczaniu przepisów jak być pracoholikiem, a do tego świetnym ojcem, mężem czy kochankiem. Często płacimy krocie i pakujemy sobie do głów kolejne rady, które prowadzą nas do całkowitego wypalenia i/lub rozpadu więzi rodzinnych. Przesadzam? Nie sądzę. A jako pragmatyk i miłośnik logicznego myślenia postaram się tego dowieść.

Zacznijmy od tego, że sama nazwa zjawiska work&life balance jest obarczona błędem – jeżeli mówimy o „balansie’ – mamy na myśli pewną równowagę. Osobiście nie widzę tutaj równowagi–powiem więcej– widzę absolutną nierównowagę. Jak można na jednej linii postawić„work” i „life”? To tak jakby na tym samym poziomie postawić mrówkę i słonia– i jedno i drugie stworzenie to przedstawiciele szeroko pojętej fauny. I tyle. Poza wieloma znanymi lub mniej znanymi dowcipami nic tych stworzeń nie łączy. Z wyglądu też nie przypominają siebie nawzajem. Jednym słowem -rozjazd totalny. Taki sam zresztą jak przy zestawieniu „work” i „life”. Jedno mrówka, drugie słoń. Już czytam w myślach te wszystkie komentarze, oburzonych coachów od budowania work&life balance. Coż poradzić. Każdy ma swoje spojrzenie na konkretne kwestie. Wracając do meritum – uważam, że poszukiwanie balansu pomiędzy pracą a życiem jest semantycznym nadużyciem i nieporozumieniem – które przy odrobinie nieszczęścia może nam narobić więcej szkody niż pożytku. Żeby było jeszcze ciekawiej – warto dodać, że owe zagadnienie przeżywa dziś „nieoczekiwanie” zupełnie nową młodość – a to za sprawą pandemii COVID 19 i dotykającej nas wszystkich mniej lub bardziej pracy zdalnej – wymuszonej z dnia na dzień przez tegoż wirusa.

     Zaczęło się – codziennie w social mediach wysyp kolejnych mędrców, którzy nie dość, że potrafią budować praca/życie/balans to jeszcze potrafią to zaimplementować do pracy zdalnej. Bo przecież skoro teraz nie wychodzi się do biura to znaczy, że nie wraca się późno do domu – a więc co? Czyżby trzeba było zaproponować zestaw działań, które na tyle skutecznie utrzymają nas przy komputerach, żeby nieco zmniejszyć dysproporcje pomiędzy wszechogarniającym nas życiem rodzinnym, a pracą zdalną na którą czyhają domownicy? Pracą zdalną, która często przegrywa w zderzeniu z płaczącym dzieckiem, żoną potrzebującą pomocy w kuchni, męża oczekującego chwili czułości czy kurierem, który właśnie przywiózł kolejne zakupy dla jednego z domowników. Nie, to chyba nie o to chodzi. A więc o co? Może zestaw ćwiczeń co 30 minut. Techniki relaksacji. Oddychanie. Spacery. Nieee. To też raczej nie to. Co to więc jest ten work&life balance – zastanawiają się sami spece od tego terminu. I nie znajdują odpowiedzi. Odpowiedź na brak odpowiedzi jest prosta. Odpowiedzi nie ma – bo jak już napisałem wyżej – nie ma czegoś takiego jak work&life balance. Skoroś Pan taki mądrala – co więc jest, jeżeli tego co Pan – po prostu nie ma? Postaram się odpowiedzieć.

Lubię określenie – jedność życia. Bo życie ziemskie mamy jedno i niestety nic tego nie zmieni (pomijam tutaj oczywiście aspekty duchowe i wiarę w życie wieczne bo każdy może mieć tutaj swoją teorię). I w to jedno życie wchodzi wszystko, z czego się ono składa. Łatwo zauważyć, że jednym z takich składników jest – rzecz jasna – praca w której spędzamy wiele czasu. Ktoś powie, że to kluczowy składnik. Proszę bardzo – każdemu wolno myśleć jak chce. Ja jednak wolę traktować pracę (i każdego zachęcam do tego samego) nie jako cel, a jako środek. Środek do realizacji siebie, planów swoich i swojej rodziny – a nie jako cel sam w sobie. Kiedy tak popatrzymy na pracę – nie jest ważne, czy będzie ona zdalna czy offline, nigdy nie stanie się dla nas czymś co stawiamy na równi z naszym całym życiem.

Praca trafiła pod strzechy w sposób turbo dynamiczny. Nikt nas do tego nie przygotował. Nikt nas tego nie nauczył. Z dnia na dzień całe gałęzie gospodarki przeprowadziły się ze szklanych biur czy betonowych fabryk do własnych domów. Jedni poradzili sobie z tym świetnie, inni nie poradzili sobie wcale. Jednym z dnia na dzień przybyło obowiązków i pojawiło się wyzwanie jak tym zarządzić, a inni zostali bez pracy lub musieli sobie ją na nowo znaleźć czy zorganizować. Dodatkowo i jedni i drudzy musieli sobie poradzić z sytuacją w której przez 24h byliśmy zamknięci w domach wraz z tymi, z którymi dzieliliśmy dotychczas głównie łazienkę i sypialnie. Oni też pracowali lub uczyli się zdalnie. I wtedy pojawiły się pierwsze wyzwania. Jedne prozaiczne jak ilość komputerów/tabletów vs liczba domowników, a drugie całkiem poważne jak potęgujące się napięcia wynikające z ciągłego przebywania z bliskimi, których w pełnym składzie, przez kilkanaście godzin na raz – widywało się tylko w weekendy. Do tego sytuacja, w której się znaleźliśmy nie pomagała w pielęgnowaniu relacji. Zaczęły pojawiać się pierwsze, a potem kolejne napięcia a z czasem prawdziwe konflikty. Taki słynny efekt BigBrother’a. Kto jest bez winy niech pierwszy rzuci kamieniem.

    I ten czas należało i nadal należy jakoś poukładać, żeby się najnormalniej w świecie nie pozabijać. Na szczęście w sukurs przyszedł nam całkiem niedawno, normalnie rozpoczęty rok szkolny. Część domowników opuściło więc miejsce pracy zdalnej. Wielu, przynajmniej w dużej części wróciło do swoich starych biur, ale wciąż sporo czasu spędzając na „zdalnym”. Czyli praca hybrydowa. Raz tak, raz tak. To co mogę zrobić z domu – załatwię bez wychodzenia do biura czy „na miasto”. Sytuacja można powiedzieć – ustabilizowała się sama. Jak to w naturze bywa. Nie oznacza to jednak, że do nas już nic nie należy i możemy pasywnie czekać na dalszy rozwój sytuacji.

Warto obecnie bardziej niż kiedyś pamiętać o jedności życia. Zastanowić się i przemyśleć co i kto jest dla nas priorytetem. I do tych priorytetów dopasować ilość czasu jaka jest nam dziś dana. Wiadomo, że praca jest jednym z priorytetów – ale na pewno nie najważniejszym. Nie namawiam nikogo do rzucania roboty w diabły i stawania się bezrobotnym opiekunem rodziny, ale warto pamiętać, że przy nieodpowiednio postawionych priorytetach można się stać zarobionym samotnikiem – żeby nie powiedzieć- rozwodnikiem. Warto więc postawić jasne i wyraźne granicę pomiędzy tym co dotyczy pracy, a tym co dotyczy wszystkiego innego, co pracą nie jest. Jeśli tego nie zrobimy to praca będzie powoli, krokowo, zajmować wszystkie pozostałe obszary naszego życia aż pewnego dnia obudzimy się i zdamy sobie sprawę, że nasze życie spędziliśmy w pracy zamiast poświęcić je na zbudowanie i pielęgnowanie relacji z naszymi najbliższymi. A czas i tak upłynie…Musimy więc zarządzić sobą w tym czasie. W pracy zdalnej każdy z nas chcąc nie chcąc – mając lub nie mając doświadczenia – stał się przedsiębiorcą. Panem swojego czasu. To wymaga od nas nie lada odwagi przy podejmowaniu decyzji czym się zająć w danej chwili, a co odpuścić. Co mieści się w kategoriach pracy, a co poza nią wykracza i zaczyna zajmować inne obszary mojego życia.

Co się składa na nasze życie? To już zależy od właściciela żywota. Znów – pomijając aspekty duchowe, które odpowiadają na to pytanie, można powiedzieć, że zostaliśmy w większości powołani do tego, żeby tworzyć rodziny. Jeżeli więc mamy już rodzinę, to można uznać, że to ona staje się centrum naszego życia. Staje się fundamentem, na którym budujemy swoją codzienność. Tym samym nasze życie staje się w dużym stopniu własnością naszej najbliższej rodziny. Nie żyjemy już tylko dla siebie, ale także dla swoich najbliższych. Żony. Dzieci. A co jeśli ktoś nie ma żony czy dzieci? Jako ojcu i mężowi trudno mi odpowiedzieć na to pytanie, dlatego przepraszam wszystkich nieposiadających w/w za to, że ten tekst nie jest adresowany do nich. Ot zwykłe targetowanie – więc mam nadzieję, że nikogo nie obrażam.

Dlaczego ostatecznie wolę jedność życia niż work&life balance? Dlatego, że jedność życia zakłada, że zawsze – bez względu na sytuację, okoliczności czy porę dnia (lub nocy) reprezentuje to samo życie, jestem tym samym człowiekiem. Nie zakładam masek „praca”, „życie prywatne” i nie balansuje pomiędzy tymi dwiema rolami. Moją rolą jest przeżyć życie jak najlepiej. Bez względu na poglądy polityczne, status materialny, rasę, kolor skóry, płeć czy orientację seksualną powinienem przeżyć życie tak, aby nie szkodzić innym a przy okazji sobie również nie zrobić krzywdy. Bo jedność życia zakłada, że zawsze jestem tym samym, stabilnym i prawdziwym człowiekiem.Powinienem szanować każdego kogo spotykam na swojej drodze. Docenić pracę ekspedientki w sklepie i piekarza dzięki któremu mamy co jeść na śniadanie. A w szczególności powinienem obdarzyć szacunkiem i troską tych, których spotykam na drodze do kuchni, łazienki czy sypialni. Bo podczas pracy zdalnej będę ich niewątpliwie spotykał znacznie częściej. Oby z uśmiechem na zawsze tej samej twarzy, która nie ubiera masek i nie balansuje…. Czego sobie i Państwu życzę…

Robert Lipiński

Nie trener sprzedaży - raczej twardo stąpający po ziemi pragmatyk i
sprawdzony w boju rzemieślnik. Entuzjasta efektywnej sprzedaży opartej
na budowaniu wartości i zaufania oraz produktywności osobistej. Coach
utrwalania dobrych nawyków sprzedażowych, mentor, konsultant,
sapringpartner biznesowy. Twórca narzędzia spinme wspierającego
efektywną sprzedaż w codziennej pracy sprzedawców i menadżerów.